Nauka musi przynosić zysk - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Nauka musi przynosić zysk

Zabrzański Instytut Techniki i Aparatury Medycznej wszedł do Sieci Badawczej Łukasiewicz, skupiającej 38 instytutów badawczych z całej Polski. O sieci, aktualnych badaniach, prowadzonych w ŁUKASIEWICZ-ITAM i planach na przyszłość mówi dr hab. inż. Janusz Wróbel, nowy dyrektor instytutu.

Podpisałby się Pan pod stwierdzeniem, że Zabrze medycyną stoi?

Tak, bo przecież mamy znaczące, ważne ośrodki medyczne, jak Śląskie Centrum Chorób Serca, Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii, jest Wydział Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej, Śląski Uniwersytet Medyczny, jest nasz Instytut, w mieście odbywają się poważne konferencje naukowe poświęcone medycynie.

Potencjał jest, ale czy nie można wykorzystać go bardziej? Pana poprzednik mówił kilka lat temu, że Zabrze stanie się potentatem nie tylko w dziedzinie innowacyjnych usług medycznych, ale i w dziedzinie produkcji sprzętu medycznego.

W chwili obecnej obserwujemy rozwój głównie w dziedzinie wspomagania leczenia. Jeśli chodzi o opracowanie i wdrożenie nowego sprzętu medycznego to sytuacja jest trochę gorsza, a związane to jest z koniecznymi wysokimi nakładami finansowymi. Kilka lat temu wydawało się, że rozmaitym podmiotom uda się znaleźć nisze na rynku medycznym i ulokować w nich swoje urządzenia. Ale tak się nie stało. Na rynku dominują potężne koncerny zagraniczne, dysponujące ogromnymi środkami finansowymi. Poza tym powstaje ciągle mnóstwo przepisów, zasad, norm, regulujących dopuszczanie do użytku nowego sprzętu medycznego. Bez ogromnego potencjału finansowego i personalnego nowa, niewielka firma praktycznie nie ma szans. Inne instytuty naukowe, jak choćby Instytut Spawalnictwa, mają unormowany rynek zbytu, współpracują z wieloma przedsiębiorstwami, co generuje im spore przychody. Poza tym teraz większość środków na badania naukowe oraz prace rozwojowe ukierunkowanych jest na przedsiębiorców. To oni powinni zdefiniować problem naukowy i znaleźć partnera naukowego, który może pomóc w jego rozwiązaniu. Rozwiązanie powinno zostać wdrożone na rynku i przynieść konkretny zysk. W przypadku sprzętu medycznego jest z tym kłopot. Gdy kończy się proces budowania prototypu urządzenia, następuje co najmniej dwuletni proces certyfikacji, tak aby można było zaoferować go do sprzedaży. Do tego rynek medyczny nie jest rynkiem wolnym, tylko sterowanym przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Te procedury, które są finansowane, mają szansę na rozwój. A jeśli tworzy się nowatorskie rozwiązania, nadzieją może być sam pacjent, który mógłby z tego korzystać prywatnie. Jednak w takim wypadku często ryzyko biznesowe jest za duże. Zresztą proszę zobaczyć… niebieskie lasery, grafen, inne doskonałe i medialne pomysły… Żadna z tych technologii ostatecznie nie przeszła do fazy produkcyjnej na masową skalę.

Kilka lat temu poprzedni dyrektor mówił o Waszych projektach, które mogą znaleźć na rynku nisze. Były to prototypy dla telemedycyny, systemy do rehabilitacji ruchowej, systemy monitorowania ran oparzeniowych, monitorowania parametrów kobiet w ciąży. Co się z tymi projektami dzieje? Weszły do etapu sprzedaży?

Niektóre tak, na przykład System Monako, monitorujący parametry biomedyczne kobiet w ciąży, wszedł do fazy produkcji. Tyle, że to jest przede wszystkim oprogramowanie, działka, w której łatwiej nam konkurować z międzynarodowymi potentatami. Bo wtedy nie trzeba mieć technologii, wielkich hal fabrycznych, wystarczy dobry pomysł, kompetentna kadra i doświadczenie. Na świecie liczą się jedynie dwa podobne systemy, firmy Phillips i Oxford Sonicaid, z którymi wygrywamy w przetargach. Nasz system działa już w 114 polskich szpitalach i klinikach. Co ważne dla klientów, nasz system stworzony jest pod polskie warunki, a to dla wielu szpitali jest decydujące. Dużym koncernom takie rozdrabnianie się nie opłaca.

Ale faktycznie ten system wdraża sam instytut, czy też jakaś powołana przez Was spółka?

My jesteśmy wytwórcą, ale nie mamy rozbudowanego zaplecza handlowego. System sprzedaje placówkom zdrowia niezależna firma zewnętrzna. My go wdrażamy w placówce medycznej i serwisujemy. Dobrze sprzedaje się też System Peleton, wspierający proces rehabilitacji kardiologicznej. Inne nowatorskie systemy, m.in. służący monitorowaniu ran oparzeniowych, został przez nas doprowadzony do fazy prototypu. Co dalej, to trudno powiedzieć, bo nie ma na razie rynku na ten produkt.

A badania dotyczące chorób serca, z których leczenia słynne jest Zabrze? Prowadzicie teraz jakieś projekty z tym związane?

Tak, uczestniczymy w kilku projektach, m.in. ze Śląskim Centrum Chorób Serca. Wykonujemy prototypy urządzeń, ale… nie zawsze trafiają one do produkcji. Bo albo rynek jeszcze nie dojrzał, albo lekarze nie stosują danej metody, albo NFZ za nią nie płaci… Wtedy takie rozwiązanie trafia na półkę.

Żeby tak się nie działo, ma pomóc Sieć ŁUKASIEWICZ, której powstanie w tym roku przegłosował Sejm. Według pomysłodawców tego rozwiązania Sieć ma pomagać przekuwać świetne pomysły i projekty w rynkowy sukces.

ŁUKASIEWICZ to trzecia największa sieć badawcza w Europie. To 38 połączonych instytutów w 11 miastach, dysponujących kilkuset laboratoriami i 8 tysiącami pracowników. Sieć nadzoruje Centrum Łukasiewicz. Wcześniej instytuty te podlegały ministerstwom, teraz nadzór skupiony jest w jednym miejscu. Centrum będzie monitorowało najważniejsze potrzeby polskiego rynku i pod tym kątem koordynowało działania różnych instytutów. Do tej pory działały one w rozproszeniu, wytracając swój potencjał. Generalne założenie jest takie, że w instytutach badawczych prowadzone będą tylko takie badania, których efekt da się przekuć na rynkowy produkt. Sieć, razem z Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii, będzie wyznaczać strategiczne kierunki badań.

Kto jest autorem pomysłu na taką sieć?

Dwa lata temu pojawiły się pomysły, by utworzyć Narodowy Instytut Technologiczny, który miał wchłonąć około 30 instytutów badawczych. Promował go minister Jarosław Gowin. Pomysł nie wypalił w tamtej formie. Może i dlatego, że rozrzut wielkości placówek i tematyki, którą się zajmują, byłby w jednym tworze za duży. Przecież taki Instytut Lotnictwa jest kilkanaście razy większy od nas – zatrudnia 1500 osób i ma przychody w wysokości 200 milionów. Po debacie sejmowej i konsultacjach społecznych projekt uległ zmianie. Obecnie instytuty mają nadal własną osobowość prawną, swobodę działania, ale są w jednej wspólnej sieci. Centrum Łukasiewicz będzie decydowało o wielkości dotacji, przekazywanych konkretnym placówkom. Ale jego głównym zadaniem jest sprawić, by instytuty w jak największej części były finansowane z wdrożeń w polskim przemyśle.

Z Waszego punktu widzenia coś się w nadzorze nad placówką zmieniło?

Centrum Łukasiewicz powstało na mocy ustawy 1 kwietnia 2019 roku. Wtedy została zatrudniona tam pierwsza osoba – prezes, dopiero teraz dochodzą kolejne osoby i Centrum nabiera rozpędu. Na razie więc niewiele się zmieniło. Z naszego punktu widzenia ważne jest to, jak w przyszłości będą oceniane instytuty w Sieci. Dotychczas instytuty badawcze podobnie jak uczelnie były kategoryzowane, dostawaliśmy punkty zarówno za działalność naukową, publikacje jak i za wdrożenia. Czekamy na jasne wytyczne, jak będzie to teraz wyglądało.

Proszę powiedzieć, jakie badanie prowadzi obecnie kierowany przez Pana instytut?

Zajmujemy się głównie inżynierią biomedyczną, analizą i przetwarzaniem sygnałów biomedycznych. Zakres prac to przede wszystkim robotyka medyczna i rehabilitacyjna, na przykład pracujemy nad robotem do rehabilitacji kończyn górnych, prowadzimy projekt dla osób starszych, w którym do sterowania wykorzystywane są fale mózgowe. Mamy też projekty kardiologiczne, wykonujemy na przykład komponenty do telemonitoringu osób o podwyższonym ryzyku.

Proszę jeszcze o kilka zdań o sobie.

Jestem dyrektorem ŁUKASIEWICZ-ITAM od marca 2018 roku, ale w instytucie pracuję od 25 lat, jeszcze gdy placówka mieściła się jeszcze w budynku Temedu. Jestem tu praktycznie od skończenia studiów na Wydziale Automatyki, Elektroniki i Informatyki Politechniki Śląskiej. Zajmowałem się pracą naukową dotyczącą przetwarzania sygnałów biomedycznych. Po odwołaniu poprzedniego dyrektora kolegialnie zdecydowaliśmy, że to moja kandydatura zostanie zgłoszona na to stanowisko. Tak się stało, decyzja została zatwierdzona przez panią minister Jadwigę Emilewicz.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud