W grafikach i obrazach tworzę własne światy [GALERIA] - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

W grafikach i obrazach tworzę własne światy [GALERIA]

W Zabrzu panuje opinia, że bez kursów w klubie Pastel ZSM nie ma szans, by zdać na studia na wyższą uczelnię artystyczną. Od ponad 30 lat placówką kieruje Krzysztof Rumin.

Duża wystawa jego prac gości obecnie na dwóch piętrach w Galerii Cafe Silesia. Krzysztof opowiada „Nowinom”, jak rozpoczął przygodę ze sztuką, zastanawia się czy każdy może być artystą, mówi też o tym, jak przez lata ta profesja się zmieniała. I skąd w robotniczym przed laty mieście był taki wysyp artystycznych talentów.

* Miałeś dużo szczęścia z terminem wernisażu. W obecnej sytuacji nie miałby on szans się odbyć. A takich tłumów w galerii dawno nie widziałem.

Rzeczywiście wystawa została otwarta praktycznie w ostatniej chwili. Dwa tygodnie później byłoby to niemożliwe. A na jej zorganizowanie czekałem 3 lata. Planowałem ją pierwotnie w 2017 roku, na okrągłe 30-lecie swojej pracy artystycznej. Z różnych względów się to jednak nie udało – nie pasowały terminy, potem były przyczyny losowe, potem kwestie organizacyjne – nie dogadaliśmy się, muzeum zaplanowało dla mnie tylko jedno piętro, a ja chciałem dwa, by pokazać więcej swoich prac. Wreszcie udało się w końcówce lutego.

* Pierwsze skojarzenie z Twoim nazwiskiem to klub Pastel. Nawet na wernisażu mówiono, że bez Pastela ciężko dostać się na artystyczne uczelnie.

Mam ogromną liczbę wychowanków, niektórzy z nich zrobili spektakularne kariery artystyczne. Jestem z nich dumny. Część uczniów mnie przerosła, co bardzo mi schlebia – uważam, że jeśli uczeń nie przerasta mistrza, to znaczy, że mistrz jest słaby, słabo uczył. W tym roku jeden z moich uczniów, Wojtek Pukocz, został kandydatem na stanowisko rektora wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, z dużą szansą na objęcie tej funkcji. Obecnie jest dziekanem malarstwa na tej uczelni. Z Pastela jest również wielu wykładowców i doktorantów na ASP w Katowicach. Oczywiście osiągnięcia wychowanków Pastela to nie tylko moja zasługa, ale powód do dumy jest.

* Czy wystawa w Cafe Silesia to z Twojej strony próba oderwania się od dorobku Pastela i przypomnienia, że też jesteś artystą?

W pewnym sensie tak. I jak widać – nie udało się, bo już rozmawiamy o Pastelu (śmiech). Zawsze łatwo było mi organizować wystawy uczniom, pod względem logistyki, szukania sponsorów, dla nich stawałem na głowie, żeby się udało. Gdy jednak mam coś zrobić dla siebie – jest trudniej, mam jakąś wewnętrzną blokadę. Ale oczywiście – tu też chciałem przypomnieć, że ja też jestem artystą, maluję, robię grafiki, biorę udział w konkursach, wystawiam. Dziś w akademiach są wąskie specjalizacje – jak grafika projektowa czy warsztatowa,malarstwo i wzornictwo. I rzadko się zdarza by grafik zajmował się również malarstwem lub odwrotnie. Moje pokolenie nie miało z tym problemu, by zajmować się i jednym i drugim. I tak mi zostało.

* Twoją wszechstronność widać na tej wystawie. Zaprezentowałeś się na niej jako artysta, mówiąc kolokwialnie, pełną gębą. I pod względem liczby prac, i ich różnorodności.

Taki był zamysł. Chciałem pokazać przede wszystkim malarstwo sztalugowe i grafikę warsztatową. Te grafiki wielkoformatowe – to była już zabawa pod kątem wystawy właśnie.

* Powiedz, bycie artystą dziś – to chyba nie jest łatwa profesja.

To nigdy nie był łatwy zawód, zwykle ma wzloty i upadki, raz się jest na wozie, raz pod nim, czasem jest łatwiej, czasem trudniej. Mówi się, że trudno wyżyć ze sztuki. Ja jednak miałem to szczęście. Teraz ASP jest wszechstronną uczelnią, to już nie tylko malarstwo czy grafika, ale i projektowanie, film, dźwięk, powstają tam wspaniałe rzeczy. Projektowanie graficzne w Katowicach jest na niesamowitym poziomie, mam wychowanków, którzy zrobili w tej dziedzinie niesamowite kariery, ich firmy współpracują z przedsiębiorcami z całego świata. Kiedyś, jeśli malarz, grafik czy projektant nie miał szczęścia, miał problem. Zawsze powtarzam moim wychowankom, że będą mieli szczęście, gdy w przyszłości będą mogli pracować w tym zawodzie. I ponad 90% z nich się to udaje.

* No właśnie. Co na starcie mówisz tym, którzy przychodzą na zajęcia do Pastela? Łatwo nie będzie?

Każdy szuka swojej drogi. Czasem ktoś przychodzi i okazuje się, że jest świetny, ale myśli też o medycynie, bo jest bardzo dobrym uczniem. Rodzice pytają mnie, co zrobić. Mówię zwykle, że ich dziecko jest tak zdolne, że w każdej dziedzinie sobie poradzi, ale decyzję muszą podjąć sami. Każdy zawód, obojętnie, co się robi, trzeba wykonywać z pasją. Jeśli coś robi się wbrew sobie, wcześniej czy później nadejdzie wypalenie.

* Ale wśród swoich uczniów widzisz zwykle artystów czy rzemieślników?

Wielkimi artystami zostanie niewielu, prócz talentu i pracy do tego trzeba mieć szczęście. Dla mnie sukcesem jest samo utrzymanie w tym zawodzie. Ja też czuję się spełniony i zadowolony z tego, co zrobiłem, z tego, co robię. Trzeba znaleźć swoje miejsce na ziemi.

* Pastel ma 30 lat. Ilu artystów już w nim wychowałeś?

Do klubu uczęszcza ponad 200 osób rocznie. To dzieci i młodzież, rysują, malują, mamy też nową pracownię ceramiki. Prze te lata przez klub przewinęło się więc parę tysięcy osób. Ponad 600 wychowanków jest artystami. A pozostali, nawet jeśli wybrali inną drogę, to i tak ze sztuką mają kontakt, są jej odbiorcami, mecenasami, miłośnikami, chodzą do teatrów, kina, na wystawy, po prostu są wrażliwi na sztukę.

* Z pewnego punktu widzenia Twój klub to fenomen. Bo przecież Zabrze, choć od lat zmienia swój wizerunek z miasta przemysłu ciężkiego na miejsce, gdzie rozwija się nowoczesna medycyna, sport, kultura, to jednak nie jest to miasto artystów. A już na pewno nie było nim 30 lat temu.

Proponowano mi kiedyś, by przenieść się do Katowic (śmiech). Odmówiłem. Czasem z naszej lokalizacji i wielkości wynikają śmieszne sytuacje, bo niektórym wydaje się, że musimy być jakimś olbrzymim domem kultury, z ogromnym potencjałem finansowym i organizacyjnym. Jest taki prestiżowy konkurs plastyczny w Toruniu, pojechałem tam kiedyś na rozdanie nagród. Na ponad 3o tysięcy prac z 60 krajów przyznano 20 nagród, z czego my dostaliśmy 3, najwięcej ze wszystkich, a dodatkowo też nagrodę prezydenta Torunia. Druga w kolejności była ekipa z Hong Kongu, przyjechali na tę uroczystość w piątkę. Ja byłem sam, w duchu śmiałem się, bo tylko mi przyznano delegację. Toruń zrobił nawet potem wystawę naszych nagrodzonych tam prac, ale… nikt z Zabrza nie mógł na nią pojechać.

* Formalnie Pastel cały czas jest klubem Zabrzańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej?

Tak, jesteśmy pracownikami ZSM. Zajęcia są odpłatne, co pokrywa część kosztów funkcjonowania klubu, ale bez ZSM byłoby ciężko. Spółdzielnia jest naszym mecenasem. Przed laty każda spółdzielnia miała swoje kluby, ale z czasem zostały one zamknięte. Pastel to teraz wyjątek i dlatego jesteśmy za to wdzięczni. Utrzymaliśmy się, bo mamy się czym pochwalić – dostajemy sporo nagród co roku, w tym wiele międzynarodowych, mamy wystawy nawet w Japonii, są rodzice, którzy aktywnie nas wspierają. Z drugiej strony staramy się tak pracować, by Zabrze miało się czym pochwalić.

* Gdy mówiłem, że Pastel aż nie pasował do Zabrza, pomyślałem też o miejscu, w którym jesteśmy. Przecież w tych blokach na Sobieskiego od lat funkcjonuje wiele pracowni artystycznych.

Tak, tu są chyba jakieś żyły wodne. Nad nami pracownię miał profesor Roman Nowotarski, którego byłem uczniem, a w sąsiedztwie profesor Roman Starak, który uczył mnie grafiki, Anna Kowalczyk – Klus, Kazimierz Szołtysek. Tu było skupisko artystów, taki trend był jeszcze z czasów komuny, że na ostatnim piętrze w wieżowcach budowano takie pracownie, małe, ale z antresolą i dużym oknem. Było to dziwne, ale ja odbierałem to jak taki ówczesny mecenat państwowy. Potem rzeczywistość wolnorynkowa już tak artystom nie sprzyjała.

* Większość tych osób, które wymieniłeś, już nie żyje. Widzisz wśród swoich wychowanków ich następców?

Myślę, że tak. Ale to już są artyści inni, bardziej wyspecjalizowani, często działający jako firmy, w zespołach. Mają inne podejście. Nie ma już artystów w zaplamionych farbami ciuchach, którzy malują pejzaże nad rzeką. Dziś to bardziej artyści – biznesmeni. Sztuka w czystej formie zanika. Moja córka, która w tym roku będzie zdawać na ASP, też idzie w stronę projektowania, robi na przykład okładki do płyt.

* Czyli jest szansa na kontynuację rodzinnej tradycji?

Córka jest ostatnią szansą na to, starsi synowie poszli w zupełnie inną stronę. A dla projektowania graficznego otwierają się teraz niesamowite możliwości. Gdy ja kończyłem akademię, nie było takich możliwości, istniało kilka gazet, parę czasopism. Na piątym roku pracowałem już w domu kultury w Łabędach, prowadziłem swoje kursy. Zmusiło mnie do tego życie… W tym czasie zostałem sam na świecie, musiałem sobie radzić, zatroszczyć się o swoje utrzymanie. W Łabędach trafiłem na grupę ludzi, którzy chcieli, by przygotować ich do egzaminów na studia artystyczne. I wszyscy się na nie dostali. Uznałem, że skoro tak dobrze poszło, to czemu tego nie robić na stałe? Po studiach trafiłem do Pastela jako nauczyciel. Klub prowadziła wtedy pani Ania Baranek. Gdy zrezygnowała, ja go przejąłem. Wprowadziłem zmiany, zrezygnowałem z galerii, rozszerzyłem liczbę zajęć. Oczywiście zajmowałem się też własną sztuką, malarstwem i grafiką, ale dzięki pracy mogłem to robić dla siebie, nie musiałem zabiegać o sprzedawanie prac. Robiłem to, co lubiłem.

* Ale od własnej twórczości nie odszedłeś, czego wystawa była najlepszym dowodem.

Taka duża wystawa wyzwala nowe siły. Jest bodziec, by znowu intensywnie wziąć się do pracy, jeśli nie chce się pokazywać obrazów sprzed lat. Można uciec do pracowni, którą mam obok domu i całymi dniami malować. To dla mnie fajny czas, palę w kozie, włączam muzykę, kawa i… przez 5 – 6 godzin mogę malować non stop. Rodzina się nie buntuje, bo wiedzą, że to dla mnie ważne, że nie chcę pokazywać odgrzanych kotletów. Miałem plan, by co najmniej połowa prezentowanych grafik i obrazów była nowa, by zaskoczyła widzów. Malując, nakręcam się z obrazu na obraz, a z każdym kolejnym jest łatwiej, bo się rozmalowywuję, pojawiają się nowe pomysły.

Ale jak to planujesz? Czekasz na natchnienie, czy zakładasz precyzyjnie, że na przykład codziennie w tym miesiącu maluję po 6 godzin.

Trzeba założyć codzienną ciężką pracę. 1% to iskra artyzmu, a reszta to ciężka praca. Nawet jak ktoś jest bardzo zdolny, a nie pracuje, to ten talent umyka, marnuje się.  Czytałem kiedyś wywiad z Picassem, który był przepytywany przez młodą dziennikarkę. Pytała go o bohemę, o natchnienie. Na końcu nachylił się nad nią i szepnął. – a tak naprawdę trzeba siedzieć od rana do wieczora w pracowni i zapie….ć. Jest w tym dużo prawdy. Jeśli czegoś się nie zrobi, to tego nie ma. Podobnie jest z grafikami. Przez jakiś czas pomysł dojrzewa w głowie, zbiera się materiały, potem robi się projekt. A na końcu jest żmudna fizyczna praca – trzeba siedzieć i małym dłutkiem wyryć grafikę w linoleum.

A Ty dużą wagę przykładasz do detali.

Najpierw jest pomysł. Ale potem trzeba poszczególne elementy pozbierać i złożyć w całość. Bo na przykład saksofon ma wyglądać jak prawdziwy instrument, a nie zdeformowana trąbka. Gdy robiłem karuzelę wiedeńską, na jej zdobieniach umieściłem malutkie pejzaże z Wenecji. Nie wiem, czy ktoś je zauważył, ale mnie takie detale rajcują, a poza tym jest to szacunek dla odbiorcy, który nawet po dłuższym czasie może odkryć coś zupełnie nowego.

To Twoja gra z odbiorcą?

Tak. Tak samo jest z moim malarstwem. Nie chodzi mi o dokładne odzwierciedlenie tego, co jest, zawsze chcę przemycić coś od siebie, bo to mój pejzaż, przekształcony w mojej głowie. Chodzi o to, by tworzyć własne światy, a nie odwzorowywać te, które są. A widz może mieć jeszcze inne. Jego opowieść nie musi pokrywać się z moją.

* To jest ten widz idealny? Który potrafi wszystkie Twoje tropy odkryć?

Dopuszczam odbiór na różnych poziomach. Moje i jego podróżowanie może się mijać, ale chciałbym, żeby moja praca była dla niego impulsem do własnej podróży. To dla mnie zawsze satysfakcja. Im bardziej pejzaż jest odrealniony, magiczny, tym bardziej jest dla mnie cenny.

* Dziękuję za rozmowę.

DARIUSZ CHROST

Krzysztof Rumin urodził się w 1960 roku w Gliwicach. Ukończył studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – Wydział Grafiki w Katowicach. Dyplom zrobił w 1987 roku w pracowni grafiki warsztatowej prof. Romana Staraka i w pracowni projektowania graficznego prof. Adama Romaniuka. Uprawia grafikę warsztatową i malarstwo sztalugowe. Od 30 lat prowadzi Klub Plastyczny “Pastel”. W latach 1996 – 2010 roku był nauczycielem rysunku i malarstwa w Liceum Sztuk Plastycznych w Zabrzu. Jest laureatem nagród w dziedzinie kultury Prezydentów Miasta Zabrza i Miasta Gliwic. W katalogu, wydanym z okazji wystawy, Antoni Cygan, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, napisał o nim: „Krzysztof podróżuje każdym pociągnięciem pędzla. Stwarza swój własny, niepowtarzalny konglomerat dotknięć i śladów, który buduje narrację o miejscach odkrytych, a być może jednak aż lub może tylko – wymarzonych. Buduje narrację pełna tajemnych zakamarków globu, miejsc przesyconych chłodem lub zaburzonych w gorącym słońcu. (…) Jego malarskie wędrówki to bezludna opowieść o tęsknocie – tęsknocie za spokojem, słońcem i przestrzenią. Artysta maluje bowiem światłem. Światłem, słońcem i powietrzem”.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud