13.12.1981 – pamiętamy! - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

13.12.1981 – pamiętamy!

Scena niczym z absurdalnego skeczu. Za stołem siedzi grubawy porucznik służby więziennej, do zeszytu wpisuje nazwiska nowych więźniów. W kolejce czeka ich czterech. – Dowód! – zwraca się do każdego rozkazującym tonem, nie podnosząc oczu znad notatek. Spisuje dane, oddaje dokument i wszystko powtarza się. – Nie mam – odpowiada ostatni w kolejce. Porucznik podnosi głowę i widzi przed sobą mężczyznę w samych slipach. Scena, która rozegrała się 13 grudnia 1981 roku w więzieniu przy ul. Janika wyglądała bardzo podobnie.

 

Pierwszych internowanych przywieziono tu ok. godz. 2.00. Porucznik z brzuszkiem pewnie od razu zauważył, że wśród tej czwórki, jeden  jest prawie nagi. Cóż procedura to procedura, o dowód musiał zapytać. Jego kolejnego pytania procedura już nie przewidywała, ale dialog, który wywołało również można przenieść do kabaretu.

– A gdzie macie ubranie? Tak was zabrali? – dopytuje porucznik

-  Oj Panie, żeby to zabrali, wynieśli – słyszy w odpowiedzi

-  Na razie idźcie sobie pod kaloryfer – nakazuje porucznik.

Bolesław Gajewski w latach 1980-81 był przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Hucie „Zabrze”. Gdy opowiada o swoim zatrzymaniu, o pierwszych godzinach i dniach stanu wojennego trudno powstrzymać śmiech, bo tak jak wielu w tym czasie nie dał narzucić sobie scenariusza grozy napisanego przez generałów z Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Wspomina, że na Janika został przywieziony chyba jako czwarty. W sali przyjęć byli już dwaj związkowcy z huty „Pokój”. Jak mu się wydawało, był to przewodniczący i wiceprzewodniczący. Ich pierwsza rozmowa zupełnie nie przystawała do sytuacji, w której się znaleźli.

– A co ty tak nago? – zapytali na powitanie kolegę z Zabrza.

– A wy co? Lepiej? – usłyszeli od niego.

- Obaj byli w roboczych kombinezonach, zabrali ich z pracy, jeden miał jakiś cienki sweterek – wyjaśnia Bolesław Gajewski.

Jego zabierali z mieszkania, przyszli około północy. Państwo Teresa i Bolesław Gajewscy spodziewali się wtedy wizyty syna – mieszkańca Gdyni. Był w sanatorium, zapowiedział, że wracając wpadnie do nich na ul. Cieszyńską 17, gdzie mieszkali z młodszym synem.

– Właściwie już położyliśmy się – wspominał przed laty na łamach Nowin Zabrzańskich,  Bolesław Gajewski. Na dzwonek Teresa ruszyła do drzwi.

Niemal równocześnie usłyszała zza nich „Poczta!” a z pokoju głos męża „Nie otwieraj!”.

– Może za późno zawołałem. Do przedpokoju wpadło pięciu w mundurach polowych, milicjanci i zomowcy. Żona do nich: „Po co? Co robicie?” Wywiązała się jakaś sprzeczka. Ja skierowałem się w stronę balkonu. Myślę, wprawdzie 3 piętro, może jednak udałoby mi się wyskoczyć i uciec. Ale syn powiedział: Nawet nie patrz tato, budynek jest obstawiony – opowiadał

To, co zrobił potem wprawiło milicjantów w niemałą konsternację. Usiadł na podłodze po turecku. Był tylko w slipach.

- Z szafki wyciągnąłem dokumenty i czytałem im o moich prawach, o porozumieniach sierpniowych, o tym, że złamali konstytucję, bo jeszcze nic nie było wiadomo o stanie wojennym. Słuchali, jedni wchodzili, inni wychodzili, nagle pojawiło się ich 7 może 8. Biegali po schodach w tę i z powrotem. W międzyczasie przyszły dwie sąsiadki i sąsiad z naprzeciwka, mówili milicjantom, że to najście – wspominał Bolesław Gajewski.

O biernym oporze przewodniczący z Huty „Zabrze” usłyszał na związkowych szkoleniach. Panowała wtedy opinia, że milicja rozróżnia opór czynny od biernego i „biernych” traktuje inaczej niż „czynnych”. Wydarzenia z 13 grudnia z ulicy Cieszyńskiej po części potwierdzają ją. W końcu funkcjonariusze, którzy tam przyszli opracowali plan działania w tej niespodziewanej sytuacji.

- Niech się pan ubiera zabieramy pana – powiedział któryś do siedzącego.

- Nie. Chcecie to możecie mnie zabrać tak jak jestem. Wiecie, że wam nie wolno. Nic nie robię, nie bronię się, tylko siedzę – usłyszeli w odpowiedzi.

Do mieszkania dotarł ubek – „opiekun” Bolesława Gajewskiego.

– Nie wiedziałem, że go mam. Nazywał się chyba Bielak, mieszkał tu blisko, przy ul. Skoczylasa, więc miał mieć na mnie oko – podejrzewał Gajewski

Ubek podobno miał kochankę w budynku przy ul. Cieszyńskiej. Teresa Gajewska pamięta, że kiedyś uderzył autem w ławkę i uszkodził bagażnik, tak, że nie dało się go zamknąć. Miał w nim dużo wódki i nosili ją potem do jej mieszkania. Ale tego dnia opiekun nie o wybrance serca myślał.

– Niech się pan ubierze – prosił Bolesława Gajewskiego. – Muszę pana zabrać.

Prośby nie poskutkowały, do pokoju, w którym siedział wpadło dwóch milicjantów w bojowych czarnych mundurach. Sierżant rozkazał „Zabierać!”.

- Jeden wziął mnie pod rękę, a ja dalej siedzę. Nie mogli znaleźć drugiego chętnego. W końcu złapał mnie sierżant, podnieśli mnie z podłogi. Stanąłem, mówię, że pójdę sam, ale oni wzięli mnie za ręce i nogi zaczęli znosić po schodach – relacjonuje.

Gdy wyszli na korytarz zgasło światło. Wynoszony związkowiec krzyczał: „To przemoc! Nie wolno wam tego robić!”.

- Któryś z nich, żeby mnie uciszyć, chciał mi ręką zatkać usta i strącił okulary. Zacząłem wtedy krzyczeć, że biją. „Zostaw go! Nie bij! – rozkazywał sierżant – opowiada ze śmiechem Bolesław Gajewski. Warto dodać, że akurat ten budynek przy ul. Cieszyńskiej projektowany był przez kogoś, kto nie wiedział, że lokator musi czasem wnieść szafę albo inny duży mebel. Wąskie korytarze, czynią takie przedsięwzięcie równie niewdzięcznym jak przeniesienie z trzeciego piętra na parter dorosłego mężczyzny. Widok funkcjonariuszy w polowych mundurach przeciskających się z gościem w slipach, to kolejny absurdalny obrazek tego wieczoru.

Bolesław Gajewski był jednym ze starszych działaczy pierwszej „Solidarności”, na której czele stawali przede wszystkim ludzie młodzi. Mający 20-30 lat. W grudniu 1981 roku przewodniczącemu z huty brakowało trzech miesięcy do ukończenia 50 lat. Ale wielu mogło mu zazdrościć hartu ducha. Prawie nagi w środku nocy został zabrany z domu i wrzucony do milicyjnej suki.

- Właściwie nie było mi zimno, byłem trochę w szoku – opowiadał na łamach Nowin – Auto miało zaciemnione szyby, początkowo nic nie widziałem. Potem znalazłem jakąś szczelinę. Najpierw chyba podjechali pod areszt, ale okazało się, że to nie ten adres i ruszyli dalej.

W drodze więzień obmyśla kolejny plan ucieczki.

-  Na podłodze było koło zapasowe, pomyślałem, że gdybym rąbnął nim w drzwi, to może wyleciałyby. Spróbowałem je podnieść, ale ani drgnęło, po chwili zobaczyłem, że jest przykręcone. Chyba śrubą dwunastką – mówi przewodniczący, który w hucie był ślusarzem i brygadzistą na Wydziale Mechanicznym.

Zatrzymali się przed więzieniem przy ul. Janika. Po chwili, otwarły się drzwi i jeden z milicjantów wrzucił do środka koc.

– Odrzuciłem go z powrotem, ale on już zatrzasnął. Więc owinąłem sobie nogi. Po kolejnej chwili więźnia wyprowadzono do sali przyjęć. Stąd, ci których zapisał gruby porucznik, kierowani byli na więzienną stołówkę. Według przewodniczącego z huty tej nocy w więzieniu internowano około 200 osób. On wprawdzie przyjechał jako czwarty, ale został przyjęty jako ostatni i to z problemami.

- I co ja z panem mam zrobić? – pytał porucznik więźnia siedzącego pod kaloryferem. Na początek posłał kogoś po ubranie. Dał mu kraciastą kurtkę, spodnie i buty.

– Nie mogę nic zrobić, bo nie ma Pan dowodu – tłumaczył porucznik. Gdzieś zadzwonił i wkrótce kolejny raz pojawił się opiekun – ubek. – Panie Gajewski, daj pan ten dowód – prosi.

- A skąd go wezmę? – słyszy w odpowiedzi. – Jedź pan do żony, jak panu do to w porządku, a jak nie… Ja tu nie jestem nic winien. Nie prosiłem się do was.

Po pół godzinie wrócił z dowodem, co dało jego podopiecznemu prawo do przejścia z sali przyjęć do stołówki. Zastał tam jeszcze wszystkich internowanych, bo władze więzienia potrzebowały czasu na przygotowanie miejsc dla nich.

- Przychodzę na stołówkę, a tam harmider że hej. Niektórzy się śmiali, inni płakali. Wybrali już komitet. Już się targują. Piszą petycje. Gdzie jest kawa? Gdzie są ciepłe ubrania? – wspomina Bolesław Gajewski. – Robi się rano, godzina 8.00 może 9.00. Zapewniają nas, że dostaniemy zupę. Ale kiedy? Na razie przynieśli czarną kawę. Kto chciał to pił. Kolega obok mnie zdjął marynarkę i dał mi. Około 13.00 przyszedł naczelnik więzienia: „Panowie będziecie teraz rozmieszczani po salach”.

Bolesław Gajewski trafił do 18-osobowej z piętrowymi łóżkami. Ciepły posiłek – zupę z marchwi albo brukwi – dostali dopiero wieczorem. Większość internowanych była już bardzo głodna.

– A ja akurat byłem z tego rad, bo chorowałem na żołądek – tłumaczył Gajewski.

Wśród internowanych od początku pojawiały się różne pogłoski o zamiarach władzy wobec nich. Mówiło się na przykład, że na święta zostaną zwolnieni. Przewodniczącemu z huty ta przepowiednia spełniła się, choć nie w pełni. Rzeczywiście w wigilię opuścił więzienie przy ul. Janika ale w milicyjnym samochodzie, w grupie 40 internowanych został przewieziony do Raciborza. Więzienie w Zabrzu należy do zakładów o obniżonym rygorze. Przetrzymywani w nim mają stosunkowo dużo swobody. Nie ma tu spacerniaków, mieszka się w barakach. Wywiezionych do Raciborza „zakwaterowano” w więzieniu o pełnym rygorze, mieszkali w kilkuosobowych celach z małymi zakratowanymi okienkami.  Dlaczego zostali przeniesieni? Przygotowywali ucieczkę z ul. Janika, plan był widowiskowy i szalony.

- Nasz barak stał blisko muru – opowiadał Bolesław Gajewski. – Uznaliśmy, że gdyby wywalić kratę z okna, to podesty z łaźni mogłyby utworzyć pomost między oknem a murem. Dla psa, którzy nocą biegał po terenie byłoby za wysoko. Przeskoczylibyśmy mur, rozbiegli się i niech nas łapią. Zastanawialiśmy się jak wyłamać kratę, aż wymyśliliśmy. Należało wymontować żeliwne koryto z umywali i rąbnąć nim, na pewno by ustąpiła. Na wszelki wypadek, żeby podest nie okazał się za krótki chcieliśmy wziąć drugi, oba zbić i na pewno udałoby nam się. Ale musieli nas podsłuchać.

– Śniegu było już po kolana, bo trzynastego nie spadło go wiele. Wsadzili nas do samochodów i wieźli nie wiadomo gdzie – dodał.

Bolesław Gajewski jeszcze kilka razy, znajdzie się w sytuacji kiedy nie będzie wiedział co się z nim stanie. Z Raciborza znowu zostanie przewieziony do Zabrza, a stąd będzie transportowany do Darłówka. Do domu wróci w lutym, dzień po powrocie wyląduje w szpitalu z bolącym żołądkiem. Lekarze w końcu znajdą przyczynę bólu, przejdzie operację. Na chorobowym spędzi 9 miesięcy. Ubek odradzi mu powrót do pracy.

– Nawet jeśli panu się to uda, to nie będzie pan miał życia – usłyszy. Zostanie rencistą. Dziś ma 81 lat. Wygląda na człowieka w dobrej formie, ale czekają go poważne operacje. Jak wielu ludzi „Solidarności” nie jest zadowolony z sytuacji w kraju. Mówi, że to wszystko potoczyło się nie tak, jak miało. Nie nam osądzać. Ci, dla których  stan wojenny jest tylko historią mogą mieć inny żal. W Zabrzu zabrakło autora, który owe małe a przecież wielkie czyny lokalnych działaczy opiewałby w piosenkach takich jak choćby „Ballada o Janie Narożniaku” Jana Krzyszofa Kelusa. Zwrotka w balladzie o panu Bolesławie mogłaby brzmieć np. tak:

Wpadły gliny na Cieszyńską. Niech pan się ubiera!

Tak dziś chce generał.

A Gajewski siedział. Nagi niczym fakir.

No i mieli problem, bo jak wziąć za fraki?

 

Wyimek: W wigilię rano 40 niedoszłych uciekinierów szło do milicyjnych aut  miedzy dwoma rzędami utworzonymi przez ormowców i strażników więziennych.

 

Foto: Bolesław Gajewski, nie przestraszył się, gdy przyszli go internować.

 

Materiał pochodzi z archiwum Nowin Zabrzańskich

 

 

 

 

 

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *