Mamy szczęście, że mieszkamy w Polsce [GALERIA] - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Mamy szczęście, że mieszkamy w Polsce [GALERIA]

Zabrzanka Joanna Wasil jest ratowniczką medyczną, która pomagała poszkodowanym z Sudanu Południowego, w Ugandzie. Teraz być może ruszy z pomocą na pogranicze iracko-syryjskie. Wszystko we współpracy z Fundacją Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak trafiłaś do Ugandy?

Misję organizowała Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Pod jej egidą działa Zespół Ratunkowy, do którego należę. Pomysł na taką medyczną grupę ratunkową pojawił się kilka lat temu. Założyliśmy ją w parę osób, ze znajomymi, którzy już wcześniej działali w organizacjach pomocowych. Zaraz potem trafiliśmy pod skrzydła Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, bo ona ma niezbędne zaplecze organizacyjne i finansowe, konieczne do organizacji wyjazdów pomocowych. Zespół powołany jest do akcji ratunkowych w sytuacjach katastrof naturalnych czy kryzysów humanitarnych. Jesteśmy, można powiedzieć, grupą szybkiego reagowania, pod skrzydłami działającej przy ONZ Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Pierwsze szlify zespół zdobył po trzęsieniu ziemi w Nepalu, gdzie pracował przez ponad 3 tygodnie. Ale wszystkich akcji Zespołu było więcej: pomoc ofiarom wojny na Ukrainie i w Iraku, ofiarom powodzi w Peru i Bośni, a także projekt związany z Ugandą i Sudanem Południowym. Była to misja rozwojowa, medyczna, organizowana przez PCPM w północnej Ugandzie, niedaleko granicy z Sudanem. Powstał tam obóz dla uchodźców, w którym przebywało nawet do 300 tysięcy osób. Konieczna była tam pomoc medyczna. My pojechaliśmy pracować w tamtejszym szpitalu, który przyjmował najbardziej poszkodowanych pacjentów. Akcję finansowo wspierał polski rząd. Pojechaliśmy w dwóch turach, z tym, że w pierwszej było kilkanaście osób, a w drugiej, w której ja pojechałam – ledwie cztery – trzy dziewczyny i koordynator. Było to o tyle trudne, że praktycznie w czwórkę przejęliśmy obowiązki tamtej grupy.

Była to głównie doraźna pomoc medyczna, związana z działaniami wojennymi?

Pomoc doraźna, ale tylko w niewielkim stopniu związana z wojną, a raczej z tamtejszymi chorobami, malarią, zakażeniami, ranami. Jest sporo chorych dzieci, które ciężko znoszą malarię, mają powikłania. Dla nas to trudne, szczególnie, że możliwości diagnostyczne są tam bardzo ograniczone. Dwa badania krwi co najwyżej, rentgen działa albo nie, czasem zrobi się zdjęcie i pada prąd w całym szpitalu. Praca lekarza przypomina więc niekiedy wróżenie z fusów i zabezpieczanie tego, co tylko się da. Asystowałyśmy przy operacjach, choć tu nie mamy takich uprawnień. Ale ktoś pomóc musiał. Przy takiej operacji samemu było się trochę chirurgiem, trochę anestezjologiem, a trochę instrumentariuszką. Zajmowałyśmy się też porodami, niekiedy rodziło równocześnie po kilka kobiet, były cesarki… Takie doświadczenie zmienia sposób patrzenia na nasze warunki, na które czasem narzekamy. Tam myślałam: ale my mamy szczęście.

Czyli medycyna wróciła tam do korzeni. Bez zdobyczy techniki, urządzeń, drogich lekarstw, tylko lekarz i pacjent.

W pewnym sensie tak. Prowadziliśmy szkolenia z resuscytacji noworodków, bo tam nie ma takich standardów ratowania życia jak u nas, mnóstwo dzieci umiera po porodzie. Poza tym…  w wielu miejscach w Afryce panuje taka klasyczna niemoc… W Ugandzie na przykład od 8 miesięcy w szpitalu jest inkubator, ale nikt go nie używa. Gdy pytałam, dlaczego, odpowiadano mi, że konieczne jest przygotowanie specjalnego pomieszczenia. Namawiałam personel, by postawić go na razie w starych budynkach, ale z tego, co wiem, na razie nikt nie podjął tej decyzji. Ręce opadają. Niby jest potrzeba, są możliwości, ale sprawa nie rusza do przodu.

Nie baliście się chorób, choćby malarii?

Braliśmy leki antymalaryczne, smarowaliśmy się specyfikami odstraszającymi komary, ale i tak… było ich mnóstwo. Mieliśmy obawy, bo tam jest najgorsza dla białych postać malarii, która działa piorunująco. Na bieżąco robiliśmy testy, sprawdzaliśmy, czy nie doszło do zarażenia, kontrolowaliśmy swój stan zdrowia, byliśmy wyczuleni na katary, kaszle. Bo malaria w porę wykryta jest uleczalna.

Taka praca musi zostawać w głowie. Gdy wracasz do domu, masz wciąż w pamięci obrazy z pracy w obozie uchodźców?

Tak naprawdę ratownicy medyczni mają takie obrazy w codziennej pracy. Codziennie tu również zdarzają się wypadki, są rany, ofiary. Oczywiście tam skala jest nieporównywalna. Osobiście miałam największe problemy z noworodkami. Tam, jeśli noworodki nie oddychają, zostawia się je, nikt nie próbuje ich ratować. U nas istnieje mnóstwo możliwości, metod, a tam… selekcja naturalna. Wychodzi się z założenia, że w domu i tak jest wystarczająco dużo dzieciaków do wykarmienia. Uczyliśmy tamtejszy personel, jak można pomóc, co łatwo zrobić, by takiego malucha uratować.

Ta praca to też spory wysiłek fizyczny. Jak sobie z tym dawałaś radę?

Tam nie pracuje się samemu, jest tamtejszy personel, który pomaga. My weszliśmy w struktury, które już działają. Oczywiście, staram się dbać o kondycję, sporo biegam w terenie. Kilkanaście dni temu startowałam w Beskidzie Niskim w biegu na 100 kilometrów po górach. Bo bieganie po mieście męczy mnie i nudzi, w górach to inna sprawa. Takie biegi trwają po kilkanaście godzin, startuje się nad ranem i biegnie do wieczora. Traktuję to jako wytchnienie od codzienności i jako czas na poukładanie sobie różnych rzeczy w głowie. Nie lubię biegać szybko, a w górach teren sprawia, że bieg jest zróżnicowany, trochę pod górę, wolniej, szybszy zbieg, są fragmenty po prostej. Nigdy się człowiek nie nudzi, wokół jest natura, często biegnie się samemu.

A poza wyjazdami, gdzie pracujesz?

Pracuję w pogotowiu ratunkowym w Katowicach, mam kilka dyżurów na SORze pediatrycznym w Katowicach-Ligocie oraz  kilka w Szpitalu Miejskim w Zabrzu.

I czekasz na kolejny wyjazd.

Jesteśmy w gotowości, bo być może konieczny będzie wyjazd do Iraku, przy granicy z Syrią, gdzie przemieszczają się uchodźcy. Już powstają tam obozy na kilkaset tysięcy osób. PCPM zbiera pieniądze, by stawiać tam namioty, organizować jakieś podstawowe warunki bytowe.

W jakim czasie trzeba się na taki wyjazd zebrać?

Zespół jest gotowy w 24 – 48 godzin. Takie jest założenie, by do dwóch dni już jechać w rejony, w których coś się dzieje. Mamy już akredytację WHO, w organizacji są tzw. moduły ratownicze, zespoły z różnych stron świata, które w razie potrzeby szybko mogą zorganizować wyjazdy ratunkowe. Zespoły lekkie mogą wyruszyć z pomocą nawet w 1 – 2 doby, zespoły ciężkie, które muszą zgromadzić sprzęt, zorganizować transport, dojeżdżają później. Jeśli dostaniemy akredytację, to WHO będzie zarządzać naszą grupą – gdy coś się dzieje w różnych miejscach świata, WHO dostaje sygnały, rozmawia z rządem na temat potrzeb danego kraju i możliwości, po czym organizuje grupy pomocowe.

Kto za to płaci?

Przede wszystkim WHO, ale i niezależni sponsorzy, których pozyskuje PCPM. Do niektórych akcji pomocowych dokłada się rząd, ministerstwo spraw zagranicznych. Teraz też słyszałam o planowanej przez nasz rząd pomocy dla Syrii.

A w przyszłości?

Zaczęłam studia pielęgniarskie, bo perspektywy w ratownictwie medycznym nie są zbyt różowe, nie ma możliwości rozwoju, ta dziedzina traktowana jest po macoszemu. Myślę więc o pielęgniarstwie, ale ze specjalizacją np. kardiologiczną czy pediatryczną. Chciałabym nadal wyjeżdżać z pomocą w różne strony świata, mieć poczucie, że robi się coś ważnego, potrzebnego, ale równocześnie mieć tu do czego wracać.

Dziękuję za rozmowę.

DARIUSZ CHROST


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud