Marnujemy miliony ton jedzenia - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Marnujemy miliony ton jedzenia

Dlaczego wyrzucamy jedzenie? Ile żywności rocznie trafia do śmietników? Co można zrobić, by temu zapobiec? Odpowiada Marta Sapała, pisarka, dziennikarka, autorka książki „Na marne”, poświęconej zjawisku żywnościowego marnotrawstwa w Polsce. Niedawno była gościem otwartego spotkania w czytelni Miejskiej Biblioteki Publicznej w Zabrzu.

Gdy przeczytałem, że w Polsce marnuje się rocznie 9 milionów ton jedzenia, poczułem wstyd.

Dane o marnowaniu jedzenia nie są aktualne, ten problem dopiero od niedawna się rzetelnie bada, dopiero tworzy się wspólna metodologia. To temat, którego cały czas się uczymy, na razie jest w nim sporo nieścisłości. Liczby, na których oparte są statystyki są sprzed 13 lat. I są porażające – 88 mln ton straconego oraz zmarnowanego jedzenia w Europie i 9 mln ton w Polsce. Można dyskutować o powodach. Są to zarówno przyczyny niezależne, susza, klęski żywiołowe, inwazje szkodników, jak i marnotrawstwo, za które bezpośrednio odpowiada człowiek.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że najwięcej jedzenia marnuje się w miastach. Na wsiach łatwiej jest zagospodarować choćby odpady kuchenne.

Tak się wydaje, choć w Polsce nie przeprowadzono na razie wiarygodnych badań, które by potwierdzały taką tezę. Uważa się, że gospodarstwa domowe w naszym kraju odpowiadają za marnowanie około 2 mln ton jedzenia rocznie, choć krytycy metodologii twierdzą że ta liczba może być niedoszacowana. Za większość z puli 9 mln ton przypisanej Polsce odpowiada przetwórstwo. Mam poczucie, że w miastach faktycznie dosłownie marnuje się więcej żywności, bo tam nastąpiła alienacja procesu jej wytwarzania. Ludzie nie interesują się, co jedzą, skąd się ta żywność bierze, kto ją wyprodukował, w jakich warunkach, ile zajął jej transport. Zresztą jest udowodnione, że osoby, które same produkują żywność, choćby w przydomowym ogródku, marnują jej mniej.

W rozmowach podkreśla Pani, że część winy za marnowanie żywności spowodowana jest terminami przydatności do spożycia. A ważniejszą datą powinna być data minimalnej trwałości.

Koncepcja daty ważności to ułomna formuła. Producenci mówią o tym bardzo prosto: że pierwsza z tych dat jest datą jakości, a druga bezpieczeństwa. Ja sama długo nie rozróżniałam daty minimalnej trwałości i terminu przydatności do spożycia. To drugie pokazuje, kiedy żywność przestaje być bezpieczna, to pierwsze – jest tylko datą mówiącą o jakości. Ważne jest kierowanie się zmysłami, smakiem, wzrokiem. Zazwyczaj produkty po upływie daty minimalnej trwałości niczym się nie różnią, poza np. mniejszą zawartością witaminy C, mogą zmienić kolor, ale nadal są pełnowartościowym produktem. W wielu krajach takie produkty normalnie wprowadza się do obrotu, są specjalne sklepy, gdzie kupuje się je za symboliczne kwoty, są też restauracje, które gotują na ich bazie.

A u nas?

Niestety, nasza ustawa o bezpieczeństwie żywności mówi, że takie produkty trzeba wycofać ze sprzedaży, pod karą grzywny lub nawet więzienia. To zapisy ustawowe, które moim zdaniem wymagają zmiany.  Był już projekt, by takie jedzenie trafiało np. do banków żywności lub organizacji charytatywnych, ale na razie nie przeszedł. Może pomogą w tym prowadzone obecnie badania w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, które mają pokazać, jak zmieniają się produkty po upływie terminu ważności. Może ich wyniki sprawią, że ten temat zostanie odczarowany. .

Jednym z pomysłów na ograniczenie marnowania żywności jest foodsharing czyli jadłodzielnie albo lodówki społeczne. Ale to temat chwytliwy chyba tylko w dużych miastach.

Dzielenie się żywnością nie jest niczym nowym, jednak sam koncept stawiania sieci lodówek społecznych wywodzi się z dużych niemieckich miast. Podobnie w Polsce – pomysł chwycił w dużych miastach akademickich. W Warszawie jest teraz takich lodówek osiemnaście, w całej Polsce – kilkadziesiąt.. Działają i w dużych i w małych miastach. Co ważne, główną ideą jest tu niemarnowanie żywności, więc jest to temat dla każdego, każdy z takiej lodówki może korzystać. U nas, szczególnie w mniejszych miastach, udział w takim projekcie trochę stygmatyzuje, bo jest w nim kładziony nacisk na aspekt społeczny, pomaganie biednym. Tymczasem główna idea to zapobieganie marnotrawstwu.

Co jeszcze możemy zrobić, by ograniczyć marnotrawstwo?

Żyjemy w czasach, w których konfrontujemy się kryzysem na wielu płaszczyznach jednocześniei. I dlatego pewnie wiele osób pyta, co można zrobić. Dla mnie to przede wszystkim przejaw słabości rządów, korporacji i instytucji, które zawodzą, nie wiedzą, jak sobie z tym tematem poradzić. Ja zaś buntuję się przeciwko temu, by cały ciężar problemu brali na swoje barki zwykli ludzie. Ale wracając do pytania – każdy może zrobić taki domowy audyt, by sprawdzić, jakie produkty najczęściej wyrzuca i dlaczego. Prowadziłam taki eksperyment, w którym 40 gospodarstw domowych notowało, co wyrzucają. I już po kilku, kilkunastu dniach okazało się, że ich zachowania modyfikują się, że wyrzucają mniej. Inna sprawa – warto korzystać z mniejszych sklepików i targowisk. Z badań wynika, że wtedy wyrzuca się mniej. Bo w marketach kupujemy więcej niż potrzebujemy, dbają o to eksperci od marketingu.

Okazuje się, że z jedzeniem związane są też tematy tabu. Gdy na przykład należało do osoby, która zmarła.

Powszechnie sądzi się, że po zmarłym można przejąć sprzęty, mieszkanie, inny majątek – ale nie jedzenia. Tu jest jakaś blokada w psychice. Część tej żywności jest jednak zagospodarowywana – tyle, że nie przez krewnych, ale przez państwo. Są firmy, które się zajmują sprzątaniem mieszkań po zmarłych; olej i cukier przekazują dalej, do spożywczego recyklingu. Ale nawet z tych zapasów spora część trafia do śmietnika. Do jedzeniowego tabu należy też dojadanie po sobie. To szczególny rodzaj bliskości. Dojada się po małżonku, przyjaciołach, własnych dzieciach. Ale już niekoniecznie po matce. Dojadanie po obcych uruchamia w nas wstręt. To ekstremalne doświadczenie. Dojadają po obcych osoby eksperymentujące z własnymi granicami i osoby w kryzysie bezdomności, zmuszone do przesuwania tych granic.

Problem marnowania żywności to tylko wycinek znacznie szerszej kwestii – przesadnej konsumpcji zachodniego świata, która prowadzi choćby do niekorzystnych zmian klimatycznych.

Tak, to również historia o bezmyślnym rabowaniu Ziemi i jej zasobów, bez myślenia o przyszłych pokoleniach. To też problem pogłębiających się nierówności społecznych. Razem tworzy to całkiem spory pakiet wyzwań, z którymi w najbliższym czasie trzeba będzie się zmierzyć.

Dziękuję za rozmowę.

DARIUSZ CHROST


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud