Na pohybel niemożliwemu - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Na pohybel niemożliwemu

Na taki życiowy sukces Mateusz i jego mama, Lucyna liczyli po cichu, ale zachowawczo. Raczej z nastawieniem, że na zawsze zostanie w sferze marzeń. Ale się udało. 28-letni zabrzanin, z dziecięcym, czterokończynowym porażeniem mózgowym ma żonę, 9 – miesięcznego syna, własne mieszkanie i pracę.

Ale kiedy Monika i Mateusz oświadczyli wszem i wobec, że zamierzają się pobrać i że na tym nie koniec dobrych informacji (za kilka miesięcy miał pojawić się ich syn), najpełniejsza obaw okazała się mama Mateusza. Nie rodzice przyszłej pani młodej – wolontariuszki w Katolickim Stowarzyszeniu  Niepełnosprawnych i Ich Przyjaciół „Modlitwa i Czyn”, gdzie poznała jeżdżącego na wózku Mateusza i w którym zakochała się ze wzajemnością. Choć nie od pierwszego wejrzenia.

Strach o codzienność

– Bałam się o ich codzienność, o to, czy Monika poradzi sobie z niemowlęciem i mężem na wózku. Mimo, że Mateusz dokonał ogromnego postępu, jest samodzielny bardziej niż można było się tego spodziewać, nie jest partnerem, z którym sprawiedliwie dzieli się domowe obowiązki.  Na szczęście, po roku ich wspólnego życia, jestem już spokojna. Wiem, że on i Monika świetnie sobie radzą. Jest w tym i moja zasługa. Nie zamykałam syna w czerech ścianach, uczyłam go otwartość na świat, a świata otwartości na nie niego. Zrobiłam wiele, a właściwie, wszystko, co mogłam, by z leżącego, śliniącego się, kilkuletniego dziecka stał się człowiekiem decydującym o sobie. Szansę na to dostrzegłam w Zabrzu. Zostawiłam nasze poprzednie, nie do końca udane życie na Podkarpaciu i przyjechałam tu. Dziś mam do siebie pretensje, że za długo zwlekałam z przeprowadzką – mówi Lucyna. W Zabrzu, w ośrodku działającym w Zaborzu Mateusz intensywnie się rehabilitował. Miał zostać ogrodnikiem, ale nie został. – Trafiłem do szkoły zawodowej, a ponieważ nie było innej klasy niż ta oferująca przygotowanie do roli fachowca od roślin, uczyłem się tego zawodu. Nie udało mi się jednak odbyć praktyk, a to podstawa, by zdobyć oficjalnie potwierdzone wykształcenie. Z tamtego czasu została mi wiedza o gnoju. Po zawodówce, skończyłem szkołę średnią – odpowiada. Pierwsza praca Mateusza była w introligatorni, w Zakładzie Aktywności Zawodowej „Fundacja Nadziei Dzieci”, przy ulicy Hagera. – Jak na pierwsze zarobkowanie, nie mogłem narzekać, choć niepełnosprawność wykluczała mnie z niektórych obowiązków. Teraz robię, to co lubię. Pracuję przed komputerem, tworząc na zalecenie bazy danych – mówi.

Na własny rachunek

Mateusz, Monika i Wojtuś cieszą się życiem zupełnie na własny rachunek w mieszkaniu komunalnym, w bloku. Nie za dużym, ale takim, które pozwala myśleć o drugim dziecku. – Ciąża nas zaskoczyła, ale jednocześnie szybko poukładała nasze życie. Planowaliśmy ślub, powiększenie rodziny. Dzięki Wojtkowi sprawy nabrały tempa. Zrezygnowałam ze studiów, mam zamiar zajmować się najbliższymi, tak długo jak będzie to konieczne. Później pomyślę o sobie, o swoich planach zawodowych. W naszym małżeństwie, co jasne, to mnie przypadło wiele męskich obowiązków. Wbijam gwoździe, pompuje koła wózka, reguluję piecyk gazowy. Małżeństwo to dla mnie jeszcze jedna życiowa okazja, by troszczyć się o innych. A ja bardzo lubię opiekować się innymi, szczególnie, gdy są mi tak bliscy – mówi Monika. Mateusz i Monika są małżeństwem od 16 lipca 2016 roku. Gdy składali sobie obietnicę bycia razem do grobowej deski, mieli wszystko, czego pragnie większość par na stracie: Wojtuś już był, choć jeszcze nie na świecie, mieszkanie też, choć wtedy wciąż na papierze. – Mieliśmy umowę najmu. Skorzystaliśmy z oferty miasta, bo od blisko 10 lat czekałem w kolejce na mieszkanie. Pamiętam, że gdy poszedłem zapisać się na listę oczekujących, urzędniczka zbyła nas. Powiedziała mamie, że nie powianiem składać wniosku, skoro i tak zawsze będziemy razem. Uparłem się i na szczęście okazało się, że miałem rację. Nie zmienia to faktu, że jesteśmy ze sobą bardzo związani. Mama wiele poświęciła, by uczynić mnie tak sprawnym jak tylko się da. Wszędzie jej towarzyszyłem i pamiętam jej strach, gdy w końcu sam wyjechałem poza dom. Myślę, że dlatego tak bardzo przeżyła moje małżeńskie plany. Grubo ponad 20 lat byliśmy razem i choć po cichu marzyliśmy dla mnie o normalnym życiu, to konfrontacja z sytuacją, w której spełniły się nasze wizje okazała się trudna. Na szczęście, te dylematy i rozterki mamy już za sobą. Głównie dzięki Wojtkowi. Byłem obecny podczas porodu, pierwszy trzymałem go na rękach, a moja mama cieszy się teraz nową rolą – babci. Mój syn jest zdrowym, pogodnym dzieckiem. Myślę, że po jej przejściach teraz to bezcenne doświadczenie – dodaje.

Zagrożona ciąża

Mateusz urodził się w szóstym miesiącu zagrożonej od początku poronieniem ciąży. Ważył 1,6 kg i był bez większych szans na przeżycie. Po miesiącu oczekiwania, strachu i modlitw stało się jasne, że opuści inkubator. Tak jak z czasem stało się jasne, że może opuścić rodzinny dom. – Wiele osób mi pomogło – i w stowarzyszeniu i teraz, gdy urządzaliśmy nasze wspólne życie. Także miejscy urzędnicy. Na co dzień p mi łatwiej, bo nie chodzę od zawsze. Nie musiałem akceptować nowej sytuacji, jak ci, którzy z dnia na dzień lądują na wózku. A to trudne: trudno o tym  rozmawiać, trudno powiedzieć sobie, że walenie głową w mur niczego nie da i że jednym wyjściem z sytuacji jest pogodzenie się z losem. Zawsze powtarzam sobie, że nie ma ludzi idealnych i ja też taki nie jestem. Poruszam się przecież na wózku, a wysokie krawężnik bywają dla mnie za wysoką przeszkodą. Stowarzyszenie Modlitwa i Czyn daje nam poczucie wspólnoty takiej, w której nie trzeba nawet odpowiadać o własnych troskach, by powoli je leczyć. Dzięki niemu dostałem więcej niż się spodziewałam – mam własną rodzinę i przekonanie, że nie odstaję od reszty. Nie wiem, czy teraz mniej jest zaciekawionych, litościwych spojrzeń przechodniów, czy może to ja widzę ich mniej. Wciąż za to słyszę niedające się ukryć zdziwienie w głosie rozmówców, gdy pytają: „masz żonę?” „pełnosprawną?” MARZENA PIECHOWICZ-GRUDA


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud