Pociągiem na Syberię, autobusem do Chin [GALERIA] - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Pociągiem na Syberię, autobusem do Chin [GALERIA]

To była podróż nie tylko na drugi koniec świata, ale i w głąb siebie. Dwaj zabrzanie, Przemek Grygiel i Mateusz Jaskulski, przejechali  z Moskwy na Syberię, a potem do Chin. Koleją transsyberyjską dojechali do Irkucka na Syberii, potem byli nad jeziorem Bajkał, by przez Ułan Bator i mongolskie stepy dotrzeć do Pekinu. Zaliczyli mur chiński i przez Pragę wrócili do Polski. Przez mniej niż trzy tygodnie przemierzyli kilkanaście tysięcy kilometrów i kilka granic kulturowych.

* Długo planowaliście  taką wyprawę?

Przemek: Pomysł na wyprawę koleją transsyberyjską w głowie miałem od średniej szkoły.  Z Mateuszem razem pracujemy w Katowicach. W lutym rzuciłem w firmie takim pomysłem. I Mateusz go podłapał.

Mateusz: Pamiętam, że wróciłem do domu i w ten sam dzień dowiedzieliśmy się, że żona jest w ciąży. Radość była więc podwójna. Obgadaliśmy z żoną sprawę i następnego dnia powiedziałem Przemkowi – jedziemy.

Przemek: Sensem wyjazdu była Kolej Transsyberyjska – 5 tysięcy kilometrów z Moskwy do Irkucka. To było moje marzenie od lat, by nią przejechać aż do Władywostoku, 7 dni w pociągu (łącznie prawie 9300km). Życie to zweryfikowało, mieliśmy tylko 2 i pół tygodnia wolnego, poza tym zależało nam na jeziorze Bajkał, mongolskich stepach i Chinach. Trzeba więc było wysiąść z pociągu wcześniej. Sama podróż najpierw wydawała się bardzo skomplikowana – mnóstwo problemów logistycznych, wizy, bilety do zarezerwowania, miejsca do spania. W drodze wszystko jednak okazywało się proste. Gdzieś dojeżdżaliśmy, ktoś nam pomagał, znajdowaliśmy następne połączenie, przesiadaliśmy się, zawieraliśmy nowe kontakty itd. Nie było sytuacji, że sobie nie poradziliśmy, mimo bariery językowej. Mało kto mówił po angielsku, a my rosyjskiego ni w ząb. Nie przeszkadzało nam to w permanentnych negocjacjach wszystkich cen, które przyszło nam płacić.

* Dlaczego do Moskwy lecieliście przez Warnę?

Przemek: Bo tamtędy był najtańszy lot do Moskwy. I jak się potem okazało, krótki pobyt w Warnie okazał się fajnym początkiem podróży. Do rosyjskiej stolicy przylecieliśmy dokładnie w momencie, gdy trwał mecz Polska – Senegal, fragment nawet oglądaliśmy w metrze. Atmosfera w samym mieście, mimo mnóstwa kibiców, była niesamowita. Nikt nie był agresywny, ludzie bawili się, śpiewali. Oczywiście były kontrole, prześwietlanie plecaków, ale można było naprawdę czuć się bezpiecznie. A po zwycięstwie Rosji nad Egiptem całe centrum było jak wielka impreza. W Moskwie byliśmy późno, więc nie zobaczyliśmy więc zbyt wiele, Plac Czerwony, kilka ulic. Spaliśmy w hoteliku przerobionym z mieszkania, prowadzonym przez sympatyczną Ormiankę.

Bilety na Kolej Transsyberyjską kupiliście już w Polsce?

Mateusz: Tak. Możliwości jest kilka. Kupując za pośrednictwem biur podróży, bilety kosztują około 750 zł. My kupiliśmy bezpośrednio na stronie rosyjskich linii kolejowych i po przewalutowaniu bilet z Moskwy do Irkucka kosztował 420 zł za trasę 5152 km. Cena zależała m.in. od standardu wagonu. Ale były też promocje, w których z Moskwy do Władywostoku można było nabyć bilet za 300 zł.

* 5 dni w pociągu wydaje się trochę męczące.

Przemek: Czasy, gdy była to niekończąca się impreza, już chyba minęły. Mimo to podróż dostarcza mnóstwa niesamowitych wrażeń. To były otwarte wagony sypialne, część łóżek w ciągu dnia się składało – 3 klasa, tzw plackarta. Przy wejściu dostaje się komplet zapakowanej pościeli. Siedzieliśmy w środku wagonu, więc szybko poznaliśmy innych pasażerów. Każdy wagon ma obsługę – tzw. prowadnice oraz samowar, ważny element pociągu, bo wokół tego toczyło się życie. Dla naszych współtowarzyszy podróży nasza droga – do Chin – była niesamowita – tak daleko, tak długo? Po co? Po co jechać do Kitajców? Co do długości samej jazdy – wiele relacji innych podróżników było takich, że już po pierwszym dniu jest nudno itd. Dla nas sama podróż była świetna. To była wypadkowa poznanych ludzi, interakcji z nimi, tego, co działo się wokół nas. Staraliśmy się zapisywać ich imiona, ulubione filmy, muzykę. Okazywało się, że mnóstwo osób lubi naszą kulturę, zna ją, ceni, że nastawienie do Polaków jest bardzo sympatyczne.

Mateusz: Do tego jadąc na wschód czas ucieka. Często ktoś wsiadał do pociągu i szedł spać, a my byliśmy jakby w środku dnia. Postoje na stacjach są zazwyczaj krótkie, trwają po 2 – 3 minuty, tylko w kilku miejscach staliśmy dłużej. Już nie było tych babć na stacjach, które sprzedały jedzenie. Ale można było kupić coś w kioskach lub w pociągu.

* Wysiedliście w Irkucku i pojechaliście nad Bajkał.

Przemek: Nad Bajkałem można spędzić tydzień, ale nie mieliśmy tyle czasu. Musieliśmy wybrać jedno fajne miejsce. Zdecydowaliśmy się na wyspę Olchon, pełną pięknych gór i dolin. Największe miasto na wyspie okazało się tonącą w błocie urokliwą dziurą, pełną zapadlisk i wybojów. Rozbiliśmy namiot przy cerkwi, w zamian nazbieraliśmy przemiłym gospodarzom wór trawy dla kóz. Poznaliśmy tam Koreańczyka, mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, który jechał w przeciwną stronę. Dotarł nad Bajkał właśnie z Mongolii, którą przejechał na kupionym koniu. Na następną noc rozbiliśmy wspólnie namioty na plaży, otoczonej wysokimi skałami, na którą przyszli też jego znajomi. Wieczorem zrobiła się spontaniczna impreza. Woda była tak czysta, że można było ją pić. Tyle, że strasznie zimna.

Mateusz: Z Olchonu wróciliśmy do stolicy Syberii. Z Irkucka pojechaliśmy znowu koleją do granicy, przejechaliśmy ją taksówką i stamtąd już do Ułan Bator, także taksówką. Można było kupić bilety bezpośrednie, ale kosztowały trzy razy więcej. Zdecydowaliśmy się na transport kombinowany, z przesiadkami i przygodami.  Po wielu perypetiach, 5-krotnego zmieniania samochodów i kierowców dotarliśmy w końcu do stolicy Mongolii. Teraz, z perspektywy czasu, Ułan-Bator, stolica tego zaskakującego kraju, kojarzy nam się z fantastycznymi ludźmi, wszechogarniającym zapachem baraniny, a sama Mongolia z mnóstwem zwierzęcych placków leżących dosłownie wszędzie i służących za materiał na ognisko i śmieci. A sama Mongolia to miejsce  bezkresnych stepów, ogromnych kontrastów, współczesnych nomadów mieszkających w jurtach, ale z udogodnieniami zachodniego świata jak prąd z akumulatorów i ogniw słonecznych, telewizja satelitarna i komórki, a także internet działający idealnie w każdym punkcie stepu.  Samochody i motory są równie ważne co konie i wielbłądy. Co drugi samochód to hybrydowa toyota prius, a kierowcy są równie beznadziejni jak ich drogi. Właściwie to nie ważne, czy jadą asfaltową drogą, czy ubitą ścieżką na stepach – zawsze z maksymalną prędkością.

Przemek: To był już zupełnie inny kraj niż europejskie państwa, które znamy. Bo nawet Syberia jeszcze jest w granicy naszej rzeczywistości. A Mongolia – zupełnie inna bajka. Spędziliśmy jedną noc w hostelu i na drugą już jechaliśmy na stepy. A tam – mnóstwo zwierząt, koni, krów, owiec, kóz, chodzących samopas, zastanawialiśmy się, kto to ogarnia, które stada są czyje, czyje zwierzęta padły, które się rozmnożyły itd. Jechaliśmy z polecenia do rodziny, w której nikt nie znał angielskiego, komunikacja była więc trudna, ale nie przeszkadzało nam to. Im też, skoro zgodzili się nas przyjąć do siebie. Pierwszą nic spędziliśmy w namiocie, kolejne już w jurcie.

* Jak Was przyjęli?

Mateusz: Najpierw poczęstowali obiadem – serkiem z mleka owczego, jogurtem, (wszystko robione w jurcie), ryżem z baraniną. Zabrali nas na przejażdżkę wielbłądami i końmi na niedaleką prawie pustynię. Wieczorem gospodarze przygotowali na naszą cześć uroczystą kolację. Zabili barana i przygotowali dla nas przysmaki z niego: serce, płuca, wątrobę, żołądek. Do tego rosołek, który powstał przy ich gotowaniu. Na szczęście głowę i ozor zjedli wcześniej. Najlepsza była wątroba. Przemek, który nie je mięsa, odpuścił sobie. Dostał makaron z tofu i warzywami. Ja skosztowałem wszystkiego po kawałku.

Przemek: My też się przygotowaliśmy na ten wieczór, kupiliśmy na targu tradycyjne stroje mongolskie (tzw deel oraz czapkę), trochę jedzenia, wódkę. Było to niezwykłe doświadczenie. Mimo problemów z komunikacją podążaliśmy za ich zwyczajami i zasadami i oni potrafili to docenić. Częstowali nas tabaką, to swoisty rytuał wymagający konkretnych ruchów, śpiewaliśmy na zmianę to polskie, to mongolskie piosenki.

* Kolejnym etapem były już Chiny.

Mateusz: Opuściliśmy miłych gospodarzy, robiąc im i wspólnie sobie masę zdjęć pamiątkowych i otrzymując zaproszenie do odwiedzenia ich w zimie. Pojechaliśmy ponownie pociągiem w stronę Chin. Po przebyciu 710 km w ciągu14 godzin dojechaliśmy do ostatniej miejscowości przed chińską granicą, Zamiin Uud. Potem busem dotarliśmy do miejscowości Eeren, podobno ciekawej ze względu na wykopaliska z dinozaurami. Stamtąd jechaliśmy do Pekinu – ostatniego punktu na mapie naszej wyprawy. W końcu po 33 godzinach podróży od wyjazdu z Ułan Bator i przejechaniu 1600 km dojechaliśmy do stolicy Chin.

Przemek: Pierwsze zaskoczenie – w Chinach nie działa Facebook. Od razu poczuliśmy pełną kontrolę, mnóstwo kamer, zdjęcia twarzy przy wjeździe, skanowanie wszystkim odcisków palców. Zresztą bus do Pekinu też miał po drodze kontrolę, skanowanie dokumentów. To było jak Big Brother i Big Data naraz. Ktoś opowiadał, że przy wejściu na koncert był system rozpoznawania twarzy i zatrzymano osobę, bo nie płaciła alimentów i podatków.

* Problemy komunikacyjne w Chinach pewnie jeszcze się spotęgowały? Jak się porozumiewaliście?

Przemek: W Chinach trzeba się przyzwyczaić, że co chwilę ktoś cię zaczepia. Nie wynika to z agresji czy złośliwości. Każdy jest zainteresowany nowymi osobami, każdy chce pomóc. Ogląda mapę, pyta, gdzie jedziesz, pokazuje kierunki, wskazuje autobus. Przy okazji tez doradza, ile powinniśmy zapłacić, by nikt nas nie naciągnął. To zresztą była nasza zasada w ciągu całej podróży – zawsze pytaliśmy lokalsów, ile dany towar czy dana usługa, na przykład przejazd taksówką, powinny kosztować. Ale sama komunikacja była jak chiński mur, ludzie nie reagowali, nie nawiązywali praktycznie żadnego kontaktu. Byli przyjacielscy, ale nawet nie próbowali jakkolwiek się komunikować. Choć zdjęcie z nami chciał mieć każdy. Szczególnie, że osób z brodą czy z dredami jest tam bardzo niewiele, a właściwie poza nami nikogo nie spotkaliśmy na naszej trasie. Myśleliśmy, że Pekin będzie miastem bardzo turystycznym. Ale przy jego wielkości i liczbie mieszkańców turystów praktycznie nie widać. A poza tym azjatyckie nacje, Koreańczycy czy Japończycy są dla nas nie do rozróżnienia. I to nie ignorancja, po prostu jest to trudne.

Mateusz: Do Pekinu dojechaliśmy o 2 w nocy. O dziwo, nikt nie wysiadał. Dopytaliśmy i okazało się, że do 6 rano można w tym autokarze się przespać. I podobnie jak inni skwapliwie z tego skorzystaliśmy. Potem trafiliśmy do hoteliku w dzielnicy hutongów – małych, połączonych ze sobą  parterowych budynków ze wspólnymi miejskimi toaletami. Ci ludzie dzielą wszystkie wady i zalety wspólnego życia, Dzielą się szczęściami, nieszczęściami i problemami. Po dwóch tygodniach wreszcie mieliśmy pokój z łazienką, klimatyzacją, mogliśmy wykąpać się, zjeść, a także bezpiecznie zostawić bagaże.

* Jedzenie, szczególnie dla wegetarianina, chyba się w Chinach poprawiło?

Przemek: Dla mnie po Mongolii to był prawdziwy raj! Tu pędy  z bambusy, tu ryż, tu bakłażan z papryką, glony z chili. Ale żeby kupić cos w knajpie, miałem przygotowanych kilka chińskich znaków. Bo tam nie wystarczy oznajmić, że jestem wegetarianinem. Trzeba też pokazać kolejne znaki – nie jem mięsa, nie jem ryb, jem tylko warzywa. Dopiero wtedy komunikacja jest pełna.

* Zdążyliście coś w Chinach zwiedzić?

Przemek: Jednym z ostatnich turystycznych punktów naszego programu był Chiński Mur. Spędziliśmy tam cały dzień. Jest kilka wariantów trasy, odcinki bardziej turystyczne i mniej. Było trochę jak w Zakopanem, mnóstwo ludzi, co krok stoiska handlowe, budki z jedzeniem. Pojechaliśmy na jeden z bardziej turystycznych odcinków, ale ominęliśmy pielgrzymki i w końcu doszliśmy do miejsca, gdzie nie było nikogo, tylko niesamowite widoki. Wracaliśmy turystyczną ścieżką wzdłuż muru.

* To prawda, że w Chinach nie sposób wejść na najpopularniejsze portale internetowe?

Mateusz: W Chinach naprawdę nie ma kontaktu ze światem, nic nie działało. Udawało się jedynie wysłać jakieś maila ze skrzynki założonej na miejscu, dzięki czemu znajomi w Polsce sprawdzali nam informacje dotyczące Chin, bo tam nie mogliśmy tego zrobić. Przedostatni dzień to było Zakazane Miasto, kompleks pałacowy, byliśmy tez w Świątyni Lamy i na placu Tiananmen; widzieliśmy też wiele pomniejszych zabytków. W ten dzień przeszliśmy chyba z 28 kilometrów. I to był już koniec. Wracaliśmy samolotem do Pragi z międzylądowaniem w Warszawie, ale nie mogliśmy tam wysiąść, bo bagaże juz poleciały do Czech. Co ciekawe, to lecieliśmy samolotem Dreamliner, czyli Boeingiem 787, jednym z największych pasażerskich samolotów świata.

* Ile kosztowała cała wyprawa?

Przemek: Robiliśmy dokładne notatki, ale jeszcze nie zliczyliśmy wszystkiego. Koszty podstawowe – bilety, przeloty, wizy, wyniosły około 4 tysięcy złotych. Do tego około 2 tysięcy na pozostałe wydatki. Myślę, że całość wyniosła więc około 6 tysięcy złotych na osobę. Ten koszt mógłby być pewnie nieco mniejszy, ale założeniem naszej podróży było, żeby w jak najkrótszym czasie zobaczyć jak najwięcej rzeczy.

* Myślicie już o kolejnych wyjazdach?

Mateusz: Może nie to nie będzie podróżnicza wyprawa, a wyjazd w jedno miejsce, z których będę gdzieś jeździł. Cały czas kręci mnie Azja – Laos, Wietnam Korea, Japonia.

Przemek: Kręci mnie Japonia, Birma, ale i Ameryka Południowa przewija się w rozmowach. Zobaczymy. Na razie planujemy spotkanie podróżnicze, kończące ten wyjazd, na pewno odbędzie się gdzieś w Zabrzu. Pokażemy na nim nasze zdjęcia i filmy, jak tylko „obrobimy” te gigabajty i tysiące plików. A same zdjęcia będą na stronie www.niekreatywny.pl. Zresztą przez całą wyprawę prowadziliśmy wydarzenie na FB, do którego zaprosiliśmy naszych przyjaciół i znajomych, żeby na bieżąco śledzili, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. Z pominięciem Chin, gdzie portal nie działał, cały czas na świeżo wrzucaliśmy zdjęcia, komentarze z nawet filmowe relacje na żywo z podróży. To było ciekawe doświadczenie. Taki Real Time Online Travelling.

* Dziękuję za wspaniałą opowieść.

DARIUSZ CHROST


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud