Polak jest zawistny i prymitywny - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Polak jest zawistny i prymitywny

Aleksander Tarnawski o Polakach nie ma dobrego zdania. Uważa, że jesteśmy prymitywni. I to właśnie ta narodowa cecha, a nie śmiertelni wrogowie ściągnęli na nas nieszczęścia i niepowodzenia, zaś pieczołowicie pielęgnowana martyrologia maskuje polskie partactwo i niedołęstwo.

Odżegnuje się pan od kombatantów. I słusznie, bo do wizerunku weterana kompletnie pan nie pasuje.

To niezamierzone, ale nie lubię myśleć o przeszłości. Poza tym panowie weterani, jak w tej piosence: „towarzystwo weteranów, każdy zna tych panów…” to specyficzny rodzaj ludzi. Oczywiście mają prawo wspominać stare czasy, czasy swoich bohaterskich czynów. To jednak nie w moim guście.

W pana guście nie jest też mówienie o bohaterstwie. Ale powodów, dla których nie kwalifikuje się pan do grupy kombatantów jest znacznie więcej. Krytykuje pan m.in. zaangażowanie w ideologie jako odbierające zdolność samodzielnego myślenia. A przecież kombatanci mieli i mają na ustach „Bóg, honor, Ojczyzna”. To również rodzaj ideologii – szczególnego, polskiego patriotyzmu. Choć akurat pan, jako niewierzący, powinien z tego hasła wykreślić Boga.

Bóg jest tu raczej symbolem.

Nie do końca. To hasło określa postawę Polaka: patrioty, katolika i honorowego człowieka.

To tylko hasła i fikcja. Bo jaki Polak jest, oczywiście także wielu innych ludzi, ale Polak szczególnie, to wszyscy wiemy.

Jaki jest Polak?

Ogólnie rzecz biorąc, jest prymitywnym, zawistnym człowiekiem. Moim zdaniem, Polak nie ma zbyt wielu dodatnich cech.

Mówi pan niepopularne rzeczy. Złe zdanie o rodakach ma pan od czasu wojny, czy zaważyły na nim współczesne obserwacje? Swojego dowódcy z partyzantki, pseudonim Lew, nie wspomina pan dobrze. Pomijając ksywę, która pana zdaniem wiele mówi o jego mentalności, podpadł panu rozkazem rozstrzelania sowieckiego jeńca. O żołnierzach wyklętych mówi pan, że w większości byli zdemoralizowani. O dowódcach i oficerach z czasów wojny, że byli niskich lotów.

Byłem gówniarzem, z dowódcami i oficerami nie miałem wiele do czynienia, ale kilku spotkałem. Bardzo negatywnie oceniam ich zdolności dowódcze. O ich przygotowaniu do pełnionych ról świadczy chociażby decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego.

No i kolejny niepopularny pogląd. Kolejny godzący w naszą narodową legendę.

Wczoraj przeczytałem, to dane szacunkowe, choć pewnie niewiele odbiegające od prawdy, że w Powstaniu Warszawskim zginęło około 180 tys. ludzi. Decyzję o jego rozpoczęciu podjął zwykły oficer, który nie widział, co dzieje się na świecie. Tuż przed przylotem do Polski, w 1944 roku, we włoskim Brindisi zostaliśmy przyjęci przez ówczesnego wodza naczelnego, gen. Sosnkowskiego. To była krótka rozmowa, ale wiele mi o nim powiedziała. Zresztą powierzenie decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego ludziom z Armii Krajowej, którzy zostali w Polsce było, moim zdaniem, idiotyzmem.

Dlaczego? Byli na miejscu. Powinni być świetnie zorientowani w sytuacji.

Co z tego? Ja też byłem na miejscu.

Ale argument broniących decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego jest taki, że nie dałoby się powstrzymać chęci młodych Polaków do walki z okupantem, że stopień upokorzenia i krzywd przebrał już miarę.

To nieprawda. Skoro pchali się do walki, i ja się z tym zgadzam, bo też byłem młody, bo też się garnąłem na wojnę, należało ich zebrać, wyprowadzić z Warszawy do Puszczy Kampinoskiej i tam stworzyć obóz warowny. Niech by w lesie tłukli się z Niemcami. Niech by tam zabijali Niemców, a Niemcy ich. W ten sposób nie narażaliby na śmierć zwykłych, szarych ludzi. A w przypadku Powstania Warszawskiego zrobiono to świadomie. To była zbrodnicza decyzja.

Na wojnie najlepiej czują się idioci?

Coś w tym jest.

Z tego, co pan mówi wynika, że nasza narodowa martyrologia jest nieprawdziwa, szyta na wyrost, że to tylko legenda. Zamiast tego jest polskie partactwo, nieudacznictwo, które wpędzało nas w kłopoty i sprawiło, że nasza historia to pasmo porażek i niepowodzeń.

Oczywiście. W wielu, a może w większości przypadkach zawiniło niedołęstwo i głupota dowódców różnego szczebla. Nasi wojenni geniusze wymyślili na przykład akcję „Wachlarz”. Koncepcja tej operacji polegała na tym, by na przedpolach Polski, m.in. na terenach dzisiejszej Białorusi przeprowadzać akcje przeciw Niemcom. W książce o „Wachlarzu” są opisy śmierci młodych dziewczyn i chłopców, który ginęli za sprawę z góry przegraną.

Skoro jesteśmy prymitywnymi ludźmi, a wiele narodowych nieszczęść sprawdziliśmy na siebie sami, to czy w takim kraju można być patriotą? Pan nim jest?

Geneza patriotyzmu sięga czasów plemiennych, gdy trzeba było być lojalnym i pracować na rzecz swoich, by istnieć, by przetrwać.

Teraz inaczej rozumiemy patriotyzm. To miłość do ojczyzny.

Od patriotyzmu plemiennego przeszliśmy do innego, bardziej wysublimowanego. Ta zmiana jest proporcjonalna do ewolucji, która zastąpiła plemię narodem.

Ale jak kochać taką ojczyznę, której obywatele są prymitywni? Nie trzeba być patriotą według utartych szablonów, zasłaniać własną piersią wylotu lufy armatniej. Są różnego rodzaju patriotyzmy i niekończenie ten jest najlepszy.

A pana jaki jest? Przede wszystkim czuję się Europejczykiem, dopiero potem Polakiem. Mój patriotyzm polega na pracy dla społeczeństwa, w którym żyję, a mówiąc za Prusem na pracy organicznej, u podstaw. Chciałbym, by Polacy byli coraz bogatsi. W końcu znaczenie państwa nie polega na jak najgłośniejszym krzyczeniu „hurra”, ale na zasobności konta. To bogactwo decyduje o potędze narodu.

Zamiast umierać za ojczyznę lepiej dla niej żyć, pracować. Oczywiście. Po co komu szkielety?

Pana patriotyzm jest jednak przewrotny. Żył pan w czasach, gdy dla ojczyzny nastawiało się pierś. I pan to zrobił. O takich okazjach marzą natomiast ci, którzy dziś nazywają się patriotami. Tymczasem według pana to właśnie oni mają lepszą szansę, by wykazać się miłością do Ojczyzny.

Taki patriotyzm – z bagnetem w ręce – jest najłatwiejszy.

Najłatwiejszy? Zostając cichociemnym nie myślał pan o śmierci? Postawił pan na szali własne życie, a mógł dalej nudzić się w Szkocji.

Nie zakładałem wtedy, że od razu popędzę z bagnetem na wroga. Nic nie zmieni mojego poglądu. Nadal uważam, że patriotyzm nie polega na krzyku. To także trzeźwe i wyrachowane działanie. Cokolwiek się robi, powinno być poprzedzone kalkulacją zysków i strat.

No i à propos kalkulacji. Żołnierze wyklęci chyba jej nie przeprowadzili, ruszyli z motyką na słońce. Walczyli, mimo że sprawy zostały przesądzone – w 1945 roku powstała Polska Republika Ludowa.

Żołnierze wyklęci rekrutowali się z młodych, niewykształconych ludzi. Podobnie ich dowódcy. I to być może oni przekonywali ich, że lada dzień wybuchnie kolejna wojna. Jeśli natomiast w kraju paliła im się ziemia pod nogami, mieli szanse pojechać na Zachód, do Niemiec, Francji. Tam mogliby normalnie żyć – uczyć się, pracować. Ale dla młodych ludzi szkoła i codzienna robota nie są niczym atrakcyjnym.

Lepsza jest wojaczka.

Tak myślę.

Żołnierze wyklęci, według pana zostali włączeni do nowego pocztu świętych, tworzonego przez obecnie rządzących i IPN. Zarzuca im pan również pisanie historii na nowo.

Każda władza potrzebuje swoich świętych.

Nie ma pan żalu, że nie wybrała na nich cichociemnych?

Skąd. Ani mi to do głowy nie przyszło.

W pisanej na nowo historii Polacy są bardziej bohaterscy, szlachetni, honorowi?

Obecne władze są oburzone mówieniem o Jedwabnem. Niedawno czytałem wstrząsającą książkę o mordowaniu Żydów przez Polaków. Mamy na sumieniu nie tylko Jedwabne. Takich miejscowości było więcej, były ich dziesiątki.

A kiedy słyszy pan o polskich obozach koncentracyjnych, nie burzy się w panu krew?

To zwykłe przejęzyczenie. Ponieważ były na terenie Polski, tak się mówi. To nie jest świadome.

Być może oburzenie takim sformułowaniem wynika z niedocenienia wkładu Polaków w walkę na frontach II wojny światowej. W końcu ruszyliśmy z motyką na słońce, inaczej niż m.in. Czesi, Francuzi. Tymczasem na naszym bohaterstwie niewiele ugraliśmy.

Nic nie ugraliśmy. Małe kraje, bez potencjału nie mają znaczenia.

Pan patrzy tylko w przyszłość. Widzi pan dla Polski nadzieję na lepsze czasy, na odejście od polskiego prymitywizmu?

Dla mnie sprawa jest prosta. Powinniśmy jak najściślej integrować się z Unią Europejską. Popatrzymy na Niemcy – naszego niby śmiertelnego wroga – to zupełnie inny świat, pod względem mentalnym, potencjału umysłowego, ekonomicznego. Integracja z unijnymi instytucjami to nasza szansa, która prędko się nie powtórzy. Szybko nie zjawi się znów jakiś Adenauer i jemu podobni, którzy stworzą kolejną Unię Europejską.

Kiedy dziś patrzy pan na Polskę, myśli pan, że warto było walczyć? Bo jakby pan nie zaprzeczał, ryzykował pan życie.

Nie wiem, czy myśleć o tym w takich kategoriach. Z mojego punktu widzenia trudno jednoznacznie powiedzieć.

W Unii Europejskiej jesteśmy.

Ale na jej peryferiach. Chcemy jak najbardziej odizolować się, oczywiście nie rezygnując z profitów, które oferuje integracja. Na dłuższą metę to niewykonalne i niepoważne.

Od ojczyzny dostał pan cztery Krzyże Walecznych. Cieszą?

Nie, bo długo o nich nie wiedziałem. Swoje nazwisko, wśród odznaczanych znalazłem w książce „Cichociemni”. Żartując, mówiłem do żony, że to chyba nie są krzyże walecznych, w skrócie KW, ale cztery kieliszki wódki, które wypiłem przed skokiem do Polski w 1944 roku.

Ale tak nie było.

Bo nie było wódki.

Była whiskey. Whiskey też nie było. W samolocie, podczas zrzutu nie mieliśmy alkoholu.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud