Polki są piękne, trudno było sobie odmawiać - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Polki są piękne, trudno było sobie odmawiać

Jan Banaś był polskim Georgem Bestem – z czerwonym mustangiem, dobrymi ubraniami mógł romansować na potęgę. I romansował. 12 maja na ekrany kin w całej Polsce trafi film „Gwiazdy” Jana Kidawy Błońskiego, inspirowany życiem piłkarza. W rozmowie z Nowinami Zabrzańskimi prawoskrzydłowy Górnika mówi o swoich sukcesach oraz porażkach, nie tylko sportowych.

Podobno bagażnik czerwonego forda mustanga, którym jeździł pan w latach 70. nie domykał się od nadmiaru dziewczyn. Teraz chyba nie ma pan takiego problemu. Jaki ma pan samochód? 

Peugeota 207.

Czerwonego?

Białego. Niewiele osób się w nim mieści. Poza tym, to już nie te czasy. A z mustangiem rzeczywiście było nieźle.

Tęskni pan za tamtymi, mustangowymi czasami? Za towarzyską prosperitą? Za blaskiem sławy?

Za życiem towarzyskim tak, ale nie rozpamiętuję przeszłości. To nic nie da. Trzeba być realistą, wszystko się zmienia.

Wszystko się kończy.

No właśnie.

Nie pozwolę jednak panu uciec o wspomnień. 40 lat temu był pan playboyem, choć skromnie pan dodaje, że polskiego formatu.

Żyłem w Polsce.

Ale atrybuty playboya miał pan niepolskie – ford mustang, styl George’a Besta i gwiazdorska sława.

George Best był świetnym piłkarzem, fajnym, doskonale ubranym chłopakiem. Miałem kogo naśladować.

W PRL-owskiej rzeczywistości udawało się go kopiować? Z dobrymi ciuchami było przecież krucho.

Mieliśmy to szczęście, że jeździliśmy za granicę. Tam zawsze można było coś wybrać i dodać koloru polskiej szarzyźnie.

No to chyba nasz, zabrzański George Best na lokalnym gruncie był „debeściakiem”.

Bez przesady, choć rzeczywiście wyróżniałem się. Oglądaliśmy Zachód, było z czego ściągać.

Co można było przenieść do Polski zza żelaznej kurtyny?

Wszystko. Tu nie było przecież nic. Nawet podstawowych informacji o sportowym stylu życia. Nasze szczęście polegało na tym, że byliśmy naprawdę dobrzy w kopaniu piłki. Dotarliśmy wysoko w rozgrywkach europejskich. Zachód wyprzedzał nas jednak o 10-15 lat. I tak już chyba zostanie. Na szczęście polski futbol staje się coraz lepszy.

Za to zabrzański nie.

Aż przykro patrzeć. Zawodnicy Górnika mają piękny stadion i takie warunki, że tylko grać. Efektów niestety nie widać.

Nie dam się skusić na rozmowę o współczesnej piłce. Nie tylko dlatego, że się na niej nie znam. George Best, pana idol, świetny napastnik Manchester United był nałogowym alkoholikiem. Pan nie pił, nie palił. Abstynencję od używek wetował pan sobie romansami?

Wódka nigdy mnie nie kręciła. Nawet z trudem oglądałem filmowe sceny, pokazujące zakrapiane imprezy. To były nasze realia. Cała Polska piła. Lekarze, aktorzy też.

To dlaczego pan nie pił?

Poważnie traktowałem piłkę. Pić i grać się nie da. Tylko Ernest Pohl umiał pogodzić te dwie rzeczy. Był wyjątkowym człowiekiem, o wyjątkowym zdrowiu, bo wątłe nie wytrzymałoby takiego pijaństwa. Oczywiście był też świetnym piłkarzem.

Nie powiedział pan nic o romansach. Myslovitz śpiewał, że George Best był księciem życia. Wy też nimi byliście. Zarabialiście kilka razy więcej od górników, choć oficjalnie wykonywaliście ten sam zawód. Taki status pcha do nałogów. Dla pana były nimi kobiety?

Chyba nie można tak powiedzieć. Za to na pewno trzeba, że Polki są piękne. W tej sytuacji trudno było sobie odmawiać.

Zastanawiam się, jak wiernie udało się panu naśladować George’a Besta. Podobno skutecznie poderwał dwie miss świata.

Jak tak wysoko nie mierzyłem, nie miałem takich możliwości.

Ale gwiazd pan sięgał – aktorek, telewizyjnych spikerek.

To nie jest ważne. W Polsce było tyle pięknych kobiet, nie tylko tych znanych, rozpoznawanych.

I to te ślicznotki do pana lgnęły, czy to pan używał swoich talentów i atutów, by je zdobyć?

Górnik Zabrze był marką, grałem w reprezentacji, jeździłem po świecie. Na kobiety to działało.

Mocno?

Chyba tak, oczywiście porównując swoją sytuację do panującej wtedy przeciętności.

Wspomniał pan, że źle odebrał filmowe sceny pijaństwa. Ale w „Gwiazdach” jest też i taka – mieszkanie pełne śpiących, rozebranych dziewczyn. Kiedy rozlega się pukanie do drzwi, Jan Banaś, grany przez Mateusza Kościukiewicza idzie je otworzyć nagi, zasłaniając, co trzeba peruką. Prawdziwe?

Przekoloryzowane. Tak samo jak rozbijanie przez mnie mebli, jak historia z nożem. Te momenty nie podobały mi się. Ale kino rządzi się swoimi prawami.

Dlaczego się panu nie podobały? Nie reagował pan tak emocjonalnie? Pogodził się pan ze swoim pechem? Był przecież ogromny. Stracił pan m.in. udział w olimpiadzie.

Straciłem najważniejsze dla piłkarza rzeczy, o których marzyłem, jako młody chłopak. Chciałem grać w pierwsze lidze, później w reprezentacji. Tymczasem dwie największe imprezy uciekły mi sprzed nosa. Tym gorzej, że miałem w nich pewny udział. Wszystko przekreślił nielegalny wyjazd do Niemiec. Niezwykle smutne doświadczenie, tak samo jak fakt, że nikt nie powiedział mi o tym otwarcie. O braku powołania dowiedziałem się z telewizji. Przyszedł prikaz z góry i nie było siły, żeby go odkręcić. Któryś z partyjnych notabli postanowił w ten sposób mnie ukarać.

W filmie pokazano pana rozmowę z gen. Jerzym Ziętkiem. Wynika z niej, że byli nie tylko tacy, którzy chcieli pana karać za marzenia o zagranicznej, piłkarskiej karierze.

Pogadaliśmy po śląsku. Powiedział: „coś pieronie zrobił”. Fantastyczny człowiek. Na swoim stanowisku mógł dużo zdziałać i zdziałał. Choć z drugiej strony, sytuacja wcale nie była taka skomplikowana, taka nie do odwrócenia. Zresztą sam mi poradził – ty się bierz do strzelania bramek, a resztę się załatwi.

I załatwił. Znów mógł pan grać. Gen. Jerzy Ziętek w waszej rozmowie mówił i o swoich błędach. Na przykład o tym, że się ożenił.

Żartował.

Wiem. U Kidawy – Błońskiego pana miłością jest Marlena, rywalizuje pan o nią z przyjacielem. W rzeczywistości Marleny jednak nie było.

Był ktoś inny. Sprawa moich uczuć wyglądała inaczej niż na ekranie. Na przykład nie doświadczyłem tak zawziętej rywalizacji o kobiety, choć oczywiście zawsze jakaś była.

Z kolegami z drużyny?

Raczej nie, zespół Górnika Zabrze w większości wiódł ustatkowane życie.

Piłkarze mieli żony.

A ja sobie ubzdurałem, że najpierw kariera, a dopiero później, w wieku 32 lat rodzina.

I kiedy pan miał już te 32 lata, co pan pomyślał?

Że to za późno, chyba za późno. Czekałem na wyjazd za granicę. Puszczali dopiero 33 – latków, czyli piłkarskich emerytów. Pojechałem, taki dziadek, do Meksyku, a tam dopadł mnie pech. Meksykański pech.

Jaki?

Dewaluacja. Trafiłem do swojego pierwszego zawodowego klub, oszczędzałem pieniądze. Jak się okazało, na nic. W Meksyku 25 lat był spokój i kiedy przyjechaliśmy z Janem Gomolą, bramkarzem Górnika Zabrze zdarzył się finansowy krach. Takie kulawe szczęście. Kraj piękny, jeszcze piękniejsze dziewczyny, ale pieniądze żadne.

W Meksyku chyba nie musiał pan wiele robić, by cieszyć się uznaniem kobiet? Europeo, etrnagero znaczyło dużo. Wyjeżdżając zostawił pan tu jednak ukochaną kobietę.

Jechałem na rok, góra dwa lata. Chciałem ustawić nasze przyszłe, wspólne życie, ale wtedy wszystko się pokręciło.

Ten związek przerwał na odległość 7 lat.

Prawie. Ale jak długo i ile listów można pisać? Dystans między Polską a Meksykiem był nie do pokonania na krótkie spotkania, odwiedziny. Powrót oznaczał przyjazd na stałe. Nie wiedzieliśmy się przez cały ten czas. Z Meksyku pojechałem do Francji, byłem tam trenerem – zawodnikiem.

Nie było pana w Polsce 15 lat. Wyjeżdżając zostawił pan forda mustanga pod opieką narzeczonej. Dla mnie to dowód uczucia. Ten samochód był przecież wyjątkowy. Podobno jeden z pięciu w kraju.

Gdybym chciał go zabrać, nie spakowałbym się. Rzeczywiście to było piękne auto, wyróżniające się w polskich warunkach. Tu wszyscy jeździli syrenkami, maluchami. A ja musiałem się być inny, dlatego je kupiłem.

Bardzo chciał się pan wybić ponad PRL-owską szarość i przeciętność?

Kochałem samochody. To nie było mój pierwszy samochód. Wcześniej jeździłem włoskim 850 coupe sport.

Posiadanie forda mustanga wynikało tylko z miłości do motoryzacji? Żeby go kupić musiał pan uzbierać kupę szmalu. Podobno jego cena odpowiadała 24 – miesięcznym zarobkom w Górniku Zabrze.

A te wcale małe nie były.

Gdybym miał liczyć na klub, nigdy bym nie miał mustanga. Zawdzięczam go swojej przedsiębiorczości. Wtedy transakcje przebiegały w prostu sposób – pieniądze na stół i auto jest twoje. Musiałem stanąć na głowie, by je mieć.

I stanął pan. Ale czy ford, tak jak świetne ubrania i piłkarska sława, panu nie przeszkadzał? Nie zastanawiał się pan, czy te piękne dziewczyny, których tyle było, kochają w panu mężczyznę, czy luksusowe życie, które może im zaoferować?

No właśnie! Czy w tych związkach byłem ważny ja, czy ford? Choć tak jak powiedziałem – najpierw planowałem karierę, a dopiero później założenie rodziny.

Niebywała konsekwencja!

Na niej się przejechałem. Wydaje mi się, że za bardzo przebierałem. W tej kwestii popełniłem dużo błędów. Mogłem się przecież ustatkować, ożenić. Ale cóż, taki mój charakter.

A może nie miał pan dobrego zdania o kobietach, skoro uważał pan, że liczą przede wszystkim na splendor bycia u boku znanej, dobrze zarabiającej osoby?

Kobiety to osobny rozdział, nie chciałbym nikogo osądzać. Co jednak wyniknęłoby z faktu, że któraś zaciągnęłaby mnie przed ołtarz? To, że we dwoje klepalibyśmy biedę? Ja najpierw chciałem ustawić sobie życie.

Myślał pan dzisiejszymi standardami.

Myślałem logicznie. Chciałem ustawić się finansowo. Liczyłem, że pieniądze zarobione za granicą wystarczą na kupno domu. Niestety! Na wiele spraw nie miałem wpływu. Życie kilka razy zawracało mnie z obranej drogi.

Dalej nie wiem, jakie ma pan zadanie o kobietach. Wiem za to, że na pewno dobre o swojej mamie. Wychowywała pana wspólnie z własną matką.

Była dobrym, mądrym człowiekiem, nie zasłużyła sobie na ten los.

Nie był chyba taki zły. Miała przecież syna – sławnego, świetnego piłkarza.

Mama nie od raz interesowała się piłką. Z babcią zakazywały mi grać.

Wolały, żeby pan siedział nad książkami?

Oczywiście, dla nich ważna była szkoła i to żebym coś zjadł. Babcia bardzo musiała się za mną nabiegać, by zagonić mnie do obiadu. A dla nas – mnie i moich kolegów – liczyły się tylko mecze i trening. Nie żałuję. Gdybym nie był zapaleńcem, nie zrobiłbym kariery.

Babcia raz zamachnęła się na piłkę nożem. Krewka była!

Ale nie złapała jej, za dobrze graliśmy, choć rzucała się na nią, krzycząc „obiad”. Dziś zawodowcy grają w „dziadka”. My, choć w niezamierzony sposób, graliśmy w „babcię”. Ona bardzo o mnie dbała.

No to jednak powinien mieć pan dobre zdanie o kobietach.

Toteż mam.

A dlaczego się pan nie ożenił? Przecież piłkarze Górnika nosili obrączki i robili karierę w reprezentacji. Pan tak nie mógł?

Chciałem maksymalnie wykorzystać swoją szansę – na karierę, na zwiedzanie świata. A z żoną i dziećmi nie byłoby to takie łatwe.

Nie kręciła pana pomidorowa po treningu?

Moi koledzy ją jedli, ale nie jestem pewien, czy byli szczęśliwi. Granie w piłkę gwarantowało lepszy poziom życia. Na wszystko było mnie stać, miałem to, czego nie było na sklepowych półkach bo rarytasy dostawałem spod lady. Za dobrą grę mieliśmy lodówki, mieszkania, talony na wartburgi.

Ale pana wartburgi nie interesowały.

Chciałem się wybić ponad przeciętność, to był mój cel. Nie mogłem jeździć wartburgiem.

Od początku podejrzewałam, że nie tolerował pan polskiej szarzyzny.

Czy ja wiem, czy to takie złe?

A ja wcale nie uważam, że to złe. Wręcz przeciwnie. Nonkonformizm i podążanie swoją drogą to zalety.

Rzeczywiście miałem wytyczony cel i do niego zmierzałem. Choć jak wspomniałem, życie kilka razy zawracało mnie z wybranej trasy, a moje szczęście zazwyczaj kulało.

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud