Szlachectwo nabywa się w działaniu - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Szlachectwo nabywa się w działaniu

Kardiolog dr Marcin Świerad ze Śląskiego Centrum Chorób Serca jest kawalerem maltańskim. A to znaczy, że jak każdy joannita nie zapomina o powołaniu do niesienia pomocy innym.

Nosi pan przyłbicę?

Ostatnio bardzo często.

Pytam, bo teoretycznie ma pan dwa powody, by ją zakładać: jest pan lekarzem, a w czasie pandemii to sprzęt osobistej ochrony. Ale mógłby się pan w niej pokazywać także w innej sytuacji: jest pan rycerzem.

[śmiech] Noszę ją tylko z powodów zawodowych. Czasy są inne. Zakon Rycerski Świętego Jana Jerozolimskiego, ze względu na zmieniające się siedziby, był nazywany Cypryjskim, Rodyjskim, Maltańskim. Do tych wszystkich określeń można jeszcze dołożyć główny przydomek: Szpitalniczy. Powstał przed wyprawami krzyżowymi, około 1050 r. Założył go błogosławiony Gerard, kupiec z Amalfi. Do dziś o jego narodowość sprzeczają się Włosi i Francuzi. Jeździł do Ziemi Świętej, wówczas pod panowaniem muzułmanów, jak wielu innych pielgrzymów. Chrześcijanie nie mieli kłopotów z dostępem do miasta, ale z leczeniem na miejscu już tak. I to właśnie błogosławiony Gerard je tam organizował. Dodam, że w Polsce jest patronem ratowników medycznych, a w Ministerstwie Zdrowia stoi przedstawiająca go figura.

Udało się panu połączyć powołanie zawodowe z religijnym i społecznym.

Rzeczywiście, moje powołanie łączy harmonijnie wszystkie sfery życia: zawodową, religijną i rodzinną. Mam świetny wzór do naśladowania. Po 1050 r. błogosławiony Gerard otworzył w Jerozolimie hospicjum, w którym leczono wszystkich chorych. Bez względu na wyznanie. To ekumeniczne podejście do potrzebujących jest zgodne z Biblią. W każdym człowieku znajduje się Chrystus.  Tej zasady Zakon Maltański trzyma się do dziś. Jesteśmy w wielu krajach, nadal prowadzimy m.in. leprozoria w Afryce, szpitale w Libanie, w strefie Autonomii Palestyńskiej, w Izraelu. Najważniejsze, że od początku byliśmy zakonem szpitalniczym, że zawsze, przez 900 lat trzymaliśmy się jednego kryterium: nie liczy się wyznanie osoby potrzebującej pomocy, ale tylko to, że jest chora.

Przez ponad 9 wieków joannici nic nie przeskrobali, nie mają żadnego grzechu na sumieniu?

Myślę, że niejeden, ale błogosławiony Gerard zaczynał od najwyższych standardów: nie tylko leczył każdego, ale i wyznanie  pracujących u niego  lekarzy nie miało znaczenia. Byli wśród nich Arabowie, Żydzi. Tu też obowiązywało jedno kryterium: trzeba było być dobrym w zawodzie. Arabowie, o czym często nie pamiętamy, medyczną wiedzę i doświadczenie przejęli od starożytnych Greków, a za ich pośrednictwem wrócił do nich także Zakon Świętego Jana. Bractwo Gerarda, wówczas wyłącznie o charakterze medycznym oraz prowadzony przez nie szpital funkcjonowały kilkadziesiąt lat przed pierwszą wyprawą krzyżową. W 1099 roku chrześcijanie zdobyli Jerozolimę. Wtedy, wśród joannitów nie było rycerzy. Aspekt obronny pojawił się później, razem z koniecznością chronienia chrześcijan.

Kiedyś jednak założyliście zbroje, wsiedliście na statki.

Zbroje i statki szybko stały się istotną częścią Zakonu. Wchodząc do Szpitalników rycerze, a było wśród ich bardzo wielu uczestników krucjat, składali wszystkie śluby. Naprawdę chcieli służyć Bogu i ludziom. Nikt tak dobrze jak oni nie znał się na opatrywaniu bitewnych ran. No i co oczywiste, byli zaprawieni w boju, a ta umiejętność przydawała się do obrony chrześcijan.

Zakon Maltański nigdy nie zmienił się w zbrojną organizację? Jak Krzyżacki?

Wszystkie zakony, które realizują swój charyzmat, czyli cele, określone przez założycieli nie mają problemu z powołaniami. Trwają. Natomiast niewierne im upadają. Aspekt zbrojny był dla nas ważny na Rodos, Malcie, Cyprze. Ale nigdy nie był dominujący. Na wyspach joannitów pierwszymi stawianymi budowlami były szpitale. Każdy z członków Zakonu, łącznie z Wielkim Mistrzem, miał obowiązek służby przy łóżku chorego. Bliski kontakt z cierpiącymi, umierającymi pozwalał zachować odpowiednią hierarchię wartości. Mając siedziby na wyspach, panowaliśmy na Morzu Śródziemnym, tworząc mur między światem muzułmańskim i chrześcijańskim. Imperium Osmańskie nigdy nie dało nam rady, z jednym wyjątkiem – obrony Rodos.

Wygonili was stamtąd. Musieliście się poddać i przenieść na Maltę.

Ta obrona była jedną z najbardziej bohaterskich w dziejach świata. Nie było szans na utrzymanie wyspy, brakowało posiłków, pozostała zaledwie garstka obrońców, walczących ze zmęczenia na siedząco. W twierdzy schroniło się wiele ludności cywilnej. Gdyby Turcy tam weszli, zgodnie ze swoimi zapowiedziami, dokonaliby rzezi. 100  lat wcześniej Zakon odparł atak zdobywcy Konstantynopola, Mehmeda II .  Na Rodos się nie udało.

Ale Sulejman Wspaniały, zdobywca Rodos, okazał się wspaniały. Wspaniałomyślny.

To była raczej kalkulacja niż wspaniałomyślność. Straty jego armii były ogromne. Zależało mu też na prestiżu. Chciał dać światu sygnał, że jest niezwyciężony. Tymczasem silny, niesłabnący opór joannitów nie zdradzał, jak tragiczna sytuacja rozgrywa się za murami. Ostatecznie, szpitalników pogrążył szpieg. Wysłał gołębiem krótki list informujący, że większość rycerzy zginęła i nie ma kto walczyć. Pechowo dla obrońców, bo armia Sulejmana już się zbierała do odwrotu…

Naiwnie pomyślałam o szlachetnym geście Sujemana! Faktycznie, u rządzących wszystkie lub prawie wszystkie działania podyktowane są rachunkiem, bilansem zysków i strat.

Obrona Rodos zakończyła się rozejmem. Jego warunki dla były joannitów dobre. Opuszczali wyspę honorowo, z bronią w ręku, z najważniejszymi dla siebie dobrami: archiwum i ikoną Matki Boskiej ze wzgórza Filerimos. Wynegocjowali ochronę ludności cywilnej. Mieszkańcy mieli zagwarantowaną wolność wyznania, która bardzo długo była respektowana. Mimo tego, wielu rodowitych Rodyjczyków wolało wyruszyć na niepewną tułaczkę z Zakonem. To bardzo wymowne! Trzeba pamiętać, że joannici tę wyspę wcześniej zdobyli. I choć dziś łatwo powiedzieć: „przenieśli się na Maltę”, w rzeczywistości tak nie było. Na Rodos mieszkali ponad 200 lat. Zanim znaleźli nową siedzibę na Malcie, 7 lat tułali się po Europie. Trapił ich głód, dziesiątkowały choroby. Okazało się jednak, że są potrzebni i dlatego cesarz Karol V dał im w lenno Maltę za roczną symboliczną opłatę 1 sokoła maltańskiego. Wyspa jest mała i skalista. By uprawiać rolę, trzeba było przywieźć zimie. Zakonnicy długo tęsknili za kwitnącym Rodos. Sądzili, że tam wrócą. Bóg miał inne plany.

Wygląda na to, że Arabowie  też zaszli za skórę Zakonowi Maltańskiemu. Trochę jak współczesnym, zachodnim społeczeństwom. W pamięci wielu są nadal ataki terrorystyczne i religijny fanatyzm.

Fanatyczne podejście do religii zahamowało rozwój arabskich społeczeństw. Większość z nich jest biedniejsza od zachodnich. Zakon Maltański jest w nich jednak obecny i przede wszystkim szanowany. Mamy także swoje stałe przedstawicielstwo w WHO i ONZ.

WHO! W pandemii koronawirusa stała się powszechnie znana i powszechnie krytykowana.

A jest jakaś organizacja, która nie byłaby krytykowania? WHO jest powołana do konkretnych celów i robi, co może, by je realizować. Ma międzynarodową strukturę, nie zapobiegnie jednak rozprzestrzenianiu się wirusa.

Zakon Maltański angażuje się w walkę z pandemią. Przed Śląskim Centrum Chorób Serca, w którym pan pracuje i w którym jest pan szefem zespołu odpowiedzialnego za zapobiegnie i zwalczanie zakażenia COVID – 19 stanął specjalny namiot.

Udostępniliśmy szpital polowy, w którym mogą być wykonywane różne czynności medyczne. Nadaje się do przeprowadzania triażu i właśnie to robimy. Pracownicy szpitala wjeżdżają do namiotu samochodami, pobieramy wymaz. W ten sposób minimalizujemy ryzyko pojawienia się infekcji w naszej placówce, ograniczamy rotację osób wewnątrz. Musimy przede wszystkim dbać o naszych pacjentów. Wielu z nich ma obniżoną odporność, każda infekcja może doprowadzić do ich zgonu.

Dziś żadna rozmowa nie może się obyć bez wymiany zdań o koronawirusie, ale wracają do joannitów, powiedział pan, że rycerze wstępujący w ich szeregi składali komplet ślubów. Dziś tak już nie jest.

Jest. Zakon Maltański to klasyczny zakon.

Pan składał tylko ślub posłuszeństwa.

Tak, choć nie musiałem. Wśród nas są przecież tzw. tercjarze, po prostu świeccy, którzy żyją w duchu charyzmatu danego zakonu. Tak było przez wieki.

I ta trzystopniowa hierarchia obowiązywała zawsze?

Struktura ulegała kodyfikacji przez wieki, ale nie w niej ma żadnych tajemnic. Zakon został powołany bullą, w 1113 roku, przez papieża Paschalisa. To oficjalny początek. W 2013 r. świętowaliśmy jego 900 – lecie.  Jestem w drugiej klasie Zakonu Maltańskiego – wśród kawalerów w posłuszeństwie, moja żona jest damą w posłuszeństwie. Trzecia klasa, to wspomniani tercjarze. Do pierwszej należą kawalerowie profesyjni, czyli ci, którzy złożyli śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. To serce naszego Zakonu.

Po co pan wstąpił do Zakonu? Złożenie ślub posłuszeństwa to obietnica życia w zgodzie z nakazami wiary. Ale przecież tak powinien żyć każdy katolik. Poza tym, lista warunków wejścia do zakonu jest długa. Wśród nich znajduje się m.in. pielgrzymka do Lourdes z niepełnosprawnymi.

To akurat najprostszy warunek. Wystarczy się zapisać.

Pytam: po co, bo dla jednych, obserwatorów z zewnątrz, wstąpienie do Zakonu Maltańskiego ma charakter nobilitujących, dla innych archaiczny, nieprzystający do naszych czasów.

Zgadza się. Ale o to samo można zapytać franciszkanina, dominikanina.

Chyba nie.

Ależ tak, to jest to samo. Między tymi zakonami nie ma różnicy. Małżonkowie też realizują swoje powołanie, bo właśnie o nim teraz rozmawiamy.

Kiedy je pan poczuł?

W 1991 roku poznałem członków Zakonu Maltańskiego, zacząłem z nimi współpracować. Byłem na początku studiów. W 1997 roku zaproszono mnie w jego szeregi. Do Zakonu Maltańskiego nie można się zapisać. Warunki do spełnienia są jednak bardzo proste: trzeba być praktykującym katolikiem, realizującym swoje powołanie niesienia pomocy. A powołanie niesienia pomocy ma każdy. Ja je wypełniam w Zakonie. Zaproszenie, czyli rekomendacja musi pochodzić od czterech członków. Jeśli polecona przez nich osoba narozrabia, oni także odpowiadają za jej zachowanie.

Są żyrantami.

Tak. I tu mamy odpowiedź, dlaczego kawalerów maltańskich nigdy nie będzie wielu.

W Polsce jest 160?

160 w Związku Polskim. Około 90 mieszka w kraju, pozostali żyją na emigracji. Wszystkich członków Zakonów jest 15 tys.

Liczebność Zakonu oraz sposób wstąpienia do niego pokazują, że tworzycie elitarną strukturę.

Elitarną, ale tylko dlatego, że każdy z nas musi pracować. Można mieć świetne pochodzenie i nic nie robić.

Czyli kryterium sprzed wieków: szlachetne urodzenie już nie obowiązuje.

Każdy ma szlachetne urodzenie, bo każdy jest dzieckiem Bożym. Pytanie, co z tym zrobi. Wstępujący do Zakonu otrzymują pewien rodzaj szlachectwa, nabywany w działaniu, w ciężkiej pracy.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud