Wspomnienia inne od teraźniejszości - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Wspomnienia inne od teraźniejszości

Wśród seniorów nazywają go seniorem, więc pamięta wiele. Także czasy, gdy Polacy i Żydzi żyli obok siebie. Zgodnie, na Wileńszczyźnie. Stamtąd pochodzi jego rodzina. Wspomnienia z dzieciństwa wracają teraz, gdy Polska i Izrael toczą spór na słowa i prawdę historyczną.

Ale najgorsza burza, jak sądzi dawny Kresowiak i zabrzanin od 70 lat, jeszcze przed nami. W marcu zbliża się 70. rocznica wydarzeń marcowych. - Przypomniałem sobie moich znajomych Żydów, porządkując domowe archiwum. Znalazłem jedną fotografię, na której jako kilkuletni chłopiec stoję z mamą. Obok jest jej znajoma, dr Szapiro z córeczką. Zdjęcie pochodzi z 1931 r. Wtedy i później mówiło się, że każdy Polak ma osobiste, dobre relacje z kimś wyznania Mojżeszowego. W Wilnie Żydów było wielu, szacowano, że stanowili około 30 proc. ludności miasta. Mieszkali na ulicy Niemieckiej i w jej pobliżu. Pytałem nawet rodziców, skąd ta nazwa, skoro nie jest zajmowana przez Niemców. Niestety, wkrótce okazało się, że to symboliczne zestawienie nacji w tamtym miejscu było zapowiedzią tragicznych wydarzeń w całej Europie – opowiada zabrzanin.

Jego pierwsze wspomnienia relacji polsko – żydowskich to wizyty dr Gołąbka w wileńskim mieszkaniu rodziców. – Przychodził, gdy chorowałem ja lub mój brat. Kiedy już nas przebadał, rozmawiał przy herbacie z mamą i tatą. Poznałem też jego córkę. Daleko jej było do stereotypowego wizerunku Żydówki. Miała blond włosy, jasną cerę i niebieskie oczy. Zapamiętałem, bo doceniałem już urodę dziewczyn. Przypadkiem spotkałem Mirę, jesienią 1941 r. Rozmawialiśmy chwilę, choć nie powinienem tego robić. Publiczne spotkania z Żydami nie były dobrze widziane. Powstało już getto, jego mieszkańcy poruszali się oznaczeni gwiazdami Dawida. Córka dr Gołąbka powiedziała, że pracuje w urzędzie. Była sprzątaczką. Nie wiem, czy przetrwała wojnę. Nigdy później jej nie spotkałam, nigdy o niej nie słyszałem.

Zdjęcie, do którego pozował zabrzanin, razem z mamą, dr Szapiro i jej córką dokumentuje długą znajomość dwóch pań. Pochodzi przecież z 1931 r., a to znaczy, że ich relacja przetrwała przynajmniej kilkanaście lat. – Poznały się w końcówce I wojny światowej, w Rzeczycach. Mama była w tamtejszym szpitalu pielęgniarką – wolontariuszką, a jej koleżanka lekarką. Nie wiem, jak utrzymywały swoją znajomość, bo dr Szapiro nie bywała u nas. Najwyraźniej jednak, patrząc na zdjęcie, jakoś sobie radziły. To, że w Wilnie, tak samo jak w wielu polskich miastach, prawie każdy Polak miał kontakty z Żydami świadczy o dwóch faktach: że ci drudzy byli w swoim fachu niezwykle cenieni i że na terenie ówczesnej Rzeczpospolitej mieszkali za ścianą lub płotem innych obywateli.

– Dlaczego w Polsce powstały obozy koncentracyjne? – pyta zabrzanin. – Bo Niemcy uznali, że będziemy dobrymi partnerami w ich eksterminacji – odpowiadam prowokacyjnie. – Bzdura – oburza się Kresowiak. – Oczywiście dlatego, że u nas Żydów było najwięcej w Europie. O wyborze miejsca na budowę obozów zagłady zdecydowały wyłącznie względy praktyczne. Nie pamiętam Polaków, ziejących nienawiścią do Żydów. Nasze wzajemne relacje, na podstawie wspomnień z Wilna, określiłby jako osobne życia. Oni mieli swoje i my swoje. Towarzyskie kontakty utrzymywali tylko przedstawiciele inteligencji. Na przykład moi rodzice z dr Gołąbkiem, moja mama z dr Szapiro. Poza tym korzystaliśmy z usług żydowskich rzemieślników. Zimowe palto uszył mi pan Nowogrodzki. Dominacja Żydów, m.in. w zawodach medycznych była tak duża, wielu było bardzo zdolnych i pracowitych, że ostatecznie na polskich uniwersytetach wprowadzono ograniczenia dotyczące liczby żydowskich studentów. W Wilnie mieli natomiast swoje gimnazjum z wykładowym językiem hebrajskim i drużynę sportową Makabi. Z chłopakami z tej drużyny pobiliśmy się. Powodem konfliktu nie były różnice kulturowe, wyznaniowe, ale wynik piłkarskiego meczu. Zwyczajna sprawa – wszyscy byliśmy młodzi i krewcy – opowiada zabrzanin.

Ale właśnie wieloma różnicami tłumaczy osobność życia w Wilnie. Jedni obok drugich, Żydzi obok Polaków. – Różniliśmy się. Pamiętam z dzieciństwa żydowską tradycję, której później, po wojnie już nigdzie nie zaobserwowałem. To były kuczki, czyli święto namiotów przypominające exodus Izraelitów z Egiptu do Izraela. Budowali wtedy namioty z gałęzi, na wzór tych, stawianych podczas wędrówki opisanej w Biblii.

Wczesnowojenne losy Wilna pokazują to, o czym dziś, zdaniem zabrzanina, mówili się niewiele. A raczej zdecydowanie za mało. – Wrzesień 1939 r. był straszny. Niemcy jednak nie weszli do miasta. Zamiast nich na krótko rządy objęli sowieci, a wtedy sklepy gwałtownie opustoszały. W końcu ich miejsce zajęli Litwini, którzy lubili gnębić Polaków. Kto mówił w ich języku miał spokój, pozostałym tak dobrze się nie wiodło. Życie jednak, jak na wojenne warunki było znośne. W czerwcu 1940 r. upadła Francja, a litewska lewica nieoficjalnie przekazała władzę sowietom, z którymi chętnie współpracowali Żydzi z lewicowej organizacji Bunt, czyli ci, którzy przed wojną nie zaliczali się do zamożnych. Zajęli wiele ważnych stanowisk – w milicji, urzędach, spółkach. Nowe porządki zapanowały również w mojej szkole. Miała litewski szyld, wciąż wykładowy język polski i dwa przedmioty w języku litewskim: historię i geografię tego kraju. Ale dla uczniów to nie była najważniejsza zmiana. Z męskiej szkoły, staliśmy się koedukacyjną. Dołączyły do nas orzechówki, czyli uczennice żeńskiego gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Wśród nich była Żydówka, panna Dajon, córka późniejszego oficera w armii Andersa. Oczywiście zapamiętałem ją z powodu urody oraz pięknego śpiewu. Na akademii czczącej rocznicę Rewolucji Październikowej, obchodzonej w listopadzie, wykonała piosenkę, której fragment wciąż pamiętam: „kapitanie uśmiechnij się, przecież uśmiech to flaga okrętu…”.

Zanim do Wilna weszli Niemcy, w czerwcu 1941 r., przed nimi były informacje o tym, jak źle traktują Żydów na trenach okupowanych. – Jesienią zobaczyłem kolumnę ludzi, w łachmanach, z tobołkami, eskortowanych przez żołnierzy w niedających się zidentyfikować mundurach. Było mi smutno. Miałem wrażenie, że takie emocje towarzyszyły wszystkim, którzy na to patrzyli. Opowiedziałem w domu o kolumnie zgnębionych ludzi i usłyszałem, że powstało getto, że mur właśnie postawiono. Oczywiście w okolicach ulicy Niemieckiej. To właśnie wtedy natknąłem się na Mirę Gołąbek. Kilka dni później sytuacja się powtórzyła. Znów zgnębieni ludzie szli konwojowani ulicą. Tym razem byli to Rosjanie, jeńcy wojenni. Ale inaczej niż w przypadku Żydów, z okien, pod ich nogi spadł chleb, warzywa. Zastanawiam się, dlaczego za pierwszym razem tak się nie stało. Czy przesądziła obojętność na losy Żydów czy od reakcji powstrzymywała groźba śmierci?

Z Holokaustu Polakom udało się uratować 100 tys., 200 tys. Żydów. Szacunki są różne. – Nie pamiętam naszych rodaków podrzynających gardła Żydom. Byli jednak szmalcownicy, ludzie, którzy za życie tych z gwiazdą Dawida otrzymywali wynagrodzenie. Poza tym część z nich, o poglądach marksistowskich zrobiła coś, co dla nas było niezrozumiałe i w naszym odczuciu naganne – współpracowali z sowietami. Patrzyliśmy na to z ogromnym zdziwieniem. Dziś mamy prawo i obowiązek walczyć o prawdę historyczną. Niestety, jak dotąd działamy niefortunnie. Poprawka do głośnej ustawy jest jak wypuszczenie dżina z butelki. Czy za mało mamy wrogów, by ułatwiać im napastliwe wypowiedzi na temat Polski? – retorycznie pyta senior.

Imię i nazwisko narratora tekstu do wiadomości redakcji


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud