Życie w pozornym miłosierdziu - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Życie w pozornym miłosierdziu

Sytuacja Eweliny, która znów wychowuje dwójkę z czwórki swoich dzieci jest przykładem na to, że pomoc państwa, nawet jeśli przebiega zgodnie z przepisami, może zostawić z przeświadczeniem, że najtrudniejsze sprawy będzie musiał rozwiązać sam.

W przypadku mamy dziewczynki i chłopca takie wrażenie mają również ci, którzy obserwują kobiety starania, by sprostać codziennym wyzwaniom: ogrzaniu mieszkania, walce z własną, nowotworową chorobą i z tym co najgorsze, a co sama nazywa bólem duszy. - Postanowiliśmy jej pomóc i wiem, że nie tylko my to zrobiliśmy. Przyglądamy się jej zmaganiom z rzeczywistością. Od poniedziałku do piątku pokonuje około dwukilometrową drogę do przedszkola. Był to jeden z warunków odzyskania przez nią Pawełka i Magdy. Chodziło o to, by nie zmieniać im rówieśniczego środowiska. W ich życiu i tak nastąpiła poważna rewolucja – z rodziny zastępczej wróciły pod opiekę mamy – mówią w przedszkolu, do którego chodzą dzieci. I to właśnie tam Ewelina, bezinteresownie, bez proszenia i wypisywania sterty formularzy dostała pomoc. Rodzice innych dzieci i nauczyciele zorganizowali dla Pawełka i Magdy zbiórkę ubrań. Obdarowali również mamę. – Widzieliśmy, że w chłodne, nawet mroźne dni chodzi w trampkach. W jej przypadku brak odpowiedniej odzieży był szczególnie dotkliwy, bo pracuje na dworze. Ma dorywcze zajęcie. Roznosi ulotki – mówią. Ewelina odzyskała dzieci po trzech latach. Pod jej opiekę wróciły 20 października br. Odebrano jej z tego samego powodu jak większości innym rodzicom. Zdecydował alkoholizm. – To prawda, że wtedy był w domu chlew, że dzieci robiły co chciały. Mam jednak ogromny żal, że wypełnianie przez mnie rodzicielskiej roli oceniono na podstawie jednego zdarzenia. Wtedy chciałam umrzeć, chciałam się zapić. Nikt nie zapytał co się stało, dlaczego to zrobiłam. Jestem alkoholiczką, jednak wcześniej podobne sytuacje się nie zdarzały. Decyzja o zabraniu dzieci zapadła błyskawicznie i tak samo błyskawicznie mnie oceniono. Jestem potworem i najbardziej przerażające jest, że także dla dwójki moich starszych dzieci. Nie mam z nimi kontaktu, nie ma z nimi kontaktu Paweł i Magda. Serce mi pęka, gdy w spotykamy się w jednym autobusie. Jestem dla nich nikim – opowiada. Dzieci Eweliny najpierw trafiły do domu dziecka w Częstochowie. Jeździła do nich, później wystarała się o przeniesie ich do rodziny zastępczej, bo przecież placówka to ostateczność, a pod opieką przybranych rodziców byli wreszcie na miejscu. W Zabrzu. Niestety, dla niej z tej przeprowadzki niewiele wyniknęło. – Nie mogłam ich odwiedzać, kontakt utrudniali opiekunowie. Po 3 latach starań odzyskałam dzieci, wcześniej uporałam się z alkoholizmem. Teraz zmagam się z codziennością. Niestety, mam wrażenie, że w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie jestem intruzem, ciągle z prośbą o wsparcie. 20 października, gdy znów Pawełek i Magda byli ze mną, w moim portfelu niewiele było do wydania – mówi. Ewelina przed powrotem dzieci miała zasiłek stały, niecałe 400 zł, okresowy w wysokości 705 zł, przysługujący z powodu orzeczenia o niepełnosprawności i otrzymała 200 zł na kupno węgla. – Spaliłam go w ciągu tygodnia. Kiedy przyszłam prosić o kolejne pieniądze na ogrzewanie, nie wytrzymałam i wyszłam. Znów musiałam wiele wyjaśniać, wiele wypisywać. Pomogli mi znajomi, którzy ofiarowali pieniądze na opał – tłumaczy. Personel przedszkola, do którego chodzą Paweł i Magda porusza to, że zabrzanka długo nie otrzymywała należnych świadczeń. Pieniądze z programu 500+ wpłynęły na jej konto na początku grudnia. – Nie wyciąga ręki po więcej niż to, co jest gwarantowane obywatelom. Przygnębiające jest, że mimo sytuacji nie do pozazdroszczenia – samotnego rodzicielstwa, braku stałej pracy, własnej choroby – ma zbyt skromny, domowy budżet. Zastanawiam się, dlaczego urzędnicy nie dostrzegają potrzeby priorytetowej pomocy i czy powinno być tak, że pracownik socjalny chce rozmawiać ze swoją podopieczną o godz. 15.00, w chwili, gdy wchodzi z dziećmi do zimnego mieszkania? Czy wypełnianie kolejnej ankiety jest ważniejsze od rozpalenia w piecu i zajęcia się nimi? Ta matka naprawdę się stara. Słucha naszych sugestii, rozmawia z wychowawcami, jest zaradna. Gdy jedno dziecko zachorowało na ospę, zorganizowała dla niego opiekę, a drugie przyprowadziła do przedszkola. MOPR opłaca Pawełkowi i Magdzie obiady, ale za śniadania i podwieczorki Ewelina płaci sama. Nie ma żadnych zaległości – mówią w placówce. Zabrzańskie Centrum Świadczeń Rodzinnych i Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie tłumaczą, że w sprawie Eweliny zrobili wszystko, co mogli. Ten pierwszy na wydanie decyzji, dotyczącej możliwości skorzystania z rządowego wsparcia rodziny ma trzy miesiące. I tego terminu nie przekroczył. MOPR natomiast daje tyle, ile może. – Mamy budżet zbyt skromny w stosunku do potrzeb. Niestety, w wydawaniu pieniędzy musimy być skrupulatni, a to znaczy, że nasi klienci są zobowiązani dopełnić formalności. Rozumiem sytuację, w których trudno znaleźć wspólny język z pracownikiem socjalnym, gdy niekomfortowo czują się, prosząc o wsparcie, wypisując ankiety i formularze. Z pierwszego kłopotu można wybrnąć, zmieniając pracownika, z drugiego niestety się nie da – mówi Wojciech Ratajczak, kierownik Dzielnicowego Punktu Pomocy Społecznej Maciejów MOPR.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud