Jak "Koguty" rozdziobały Górnika - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Jak „Koguty” rozdziobały Górnika

Awans Tottenhamu Hotspur do półfinału piłkarskiej Ligi Mistrzów, to jedna z największych niespodzianek aktualnych rozgrywek i zarazem największy sukces londyńczyków od sezonu 1961/62. Wtedy, w pierwszej rundzie Spurs mierzyli się z Górnikiem Zabrze.

O ile wynik dwumeczu powszechnie jest wszystkim znany, tak sama wizyta Billa Nicholsona w Zabrzu i Katowicach raczej do takich nie należy. A ikona klubu White Hart Lane nie zostawiła na Ślązakach suchej nitki.

Wrześniowe spotkanie z Górnikiem Zabrze na Stadionie Śląskim kompletnie się „Kogutom” nie poukładało. Bill Nicholson – były zawodnik a potem szkoleniowiec Tottenhamu – przyjechał do Polski pierwszy raz na tydzień przed meczem, chcąc dowiedzieć się czegoś o rywalu.

W Katowicach nie mieli lotniska, więc złapałem nocny pociąg z Warszawy wspominał Anglik w swojej autobiografii. – Działacze Górnika odebrali mnie z dworca. Moim oczom ukazał się krajobraz typowy dla Europy Wschodniej – fatalne oświetlenie, brak porządnych peronów, ogólnie nieprzyjazny widok. Zaprowadzono mnie do jakiegoś obskurnego hotelu. To była jak scena z powieści „Ze śmiertelnego zimna”. Mój pokój był tak paskudny i zabrudzony, że odmówiłem spędzenia tam nocy. Powiedziałem: „Zawieźcie mnie do najlepszego hotelu w mieście”. A oni odparli, że właśnie w nim jesteśmy. Od razu zapowiedziałem, że w takim razie przed meczem chcę z drużyną nocować w innym mieście.

Ostatecznie zawieziono mnie do Chorzowa, gdzie objechaliśmy chyba wszystkie hotele i okazało się, że ten w Katowicach był jednak rzeczywiście najlepszy. Choć muszę przyznać, że gdy powróciłem tam z drużyną, wszystko zostało przystrojone i wyczyszczone. Jednak piłkarze i tak marudzili. Okazało się, że po ich łóżkach łaziły jakieś insekty opowiadał Nicholson. Pamiętam też strażników z karabinami maszynowymi. I kobiety, które na klęczkach, nożycami strzygły trawę na stadionie. Boisko było przygotowane jak na Wembley.

Doskonale przystrzyżona trawa służyła jednak o wiele lepiej gospodarzom niż gościom. Do przerwy zabrzanie prowadzili 3:0, by tuż po wznowieniu gry dorzucić kolejnego gola. Mistrzowie Anglii nie mieli nic do powiedzenia.

- Górnicy rozpoczęli grę w wielkim stylu. Okazało się, że nie mają najmniejszego respektu przed wielkim przeciwnikiem. Nie mieli go starzy wyjadacze ale nie mieli też młodzi, zdobywając sobie swą postawą najwyższe uznanie. Gra nie była może zbyt płynna. Szło przecież o zwycięstwo, a nie o pokaz. Obrona polska ostro szarżowała, nie dopuszczała Anglików do pozycji strzałowych, podczas gdy atak nie przetrzymywał wprawdzie piłek zbyt długo, ale mądrymi uderzeniami rozbijał raz po raz defensywę przeciwnika i stwarzał sobie dogodne pozycje do strzału – relacjonował katowicki Sport.

Anglicy w drugiej połowie zagrali ostrzej. Bardzo faulowali. Nawet bramkarz, Hubert Kostka mocno ucierpiał. A w tamtym czasie nie wolno było dokonywać zmian.

Po meczu pojechałem z Musiałkiem i Kowalskim do Pogotowia Ratunkowego. Okazało się, że Musiałek ma ranę tłuczoną w okolicach kostki wewnętrznej prawej nogi. Na miejscu dokonałem zabiegu chirurgicznego. Ranę trzeba było zszyć. U Kowalskiego stwierdziłem krwawy wylew w okolicach kostki zewnętrznej prawej nogi i nadwyrężenie torebki stawowej. Obie te kontuzje są wynikiem ordynarnego kopnięcia przez przeciwnika – relacjonował bezpośrednio po meczu dr Janusz Młynarski z Zabrza.

Ten mecz to była cholerna kompromitacja grzmiał natomiast po końcowym gwizdku arbitra sam Nicholson. Zagraliśmy totalnie bez dyscypliny taktycznej. To niedopuszczalne.

Rewanż w Londynie był z punktu widzenia wyniku też kompromitacją, ale w drugą stronę. Górnik przegrał 1:8, a Nicholson tym razem zadbał, by jego podopieczni nie rozluźnili się na boisku nawet na krótką chwilę. Zaczęli mecz od strzału w poprzeczkę, potem uderzali już tylko celniej.

- Pech Górnika polegał również i na tym, że trafił on wczoraj na znakomicie usposobionego rywala. Porażka w tak wysokich rozmiarach jest oczywiście przykrym zaskoczeniem. O tragedii nie może być jednak absolutnie żadnej mowy. Nawet bardziej klasowe drużyny niż Górnik przegrywały na Wyspach Brytyjskich w dwucyfrowym stosunku. Należy stwierdzić, że mimo wszystko gracze nasi zasłużyli na lepszy wynik. Były okresy, w których zbierali nawet oklaski obiektywnej widowni londyńskiej, demonstrując, szczególnie w linii napadu, poprawne, a często bardzo efektowne akcje pisał katowicki Sport.

Sami zawodnicy z Zabrza przyznawali, że atmosfera na White Hart Lane ich sparaliżowała.

Trafiliśmy do innego, piłkarskiego świata. Kiedy staliśmy w tunelu, byliśmy autentycznie wystraszeni. Oni wrzeszczeli, walili głowami w mur… Do tej pory nasze kontakty z zagraniczną piłką to były towarzyskie mecze z Banikiem Ostrawa i innymi zespołami bloku wschodniego opowiadał Przeglądowi Sportowemu Hubert Kostka.Kiedy szliśmy tunelem, w tym gąszczu labiryntów, gdzie nikt nas nie prowadził, weszliśmy do toalety zamiast na boisko.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud